sobota, lipiec 24, 2021
Follow Us
wtorek, 27 listopad 2012 18:15

Ambicja jest ważnym motorem działania Wyróżniony

Napisane przez Stanisław Arendarski
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Paweł Brun reaktywował firmę Krzysztof Brun i Syn Paweł Brun reaktywował firmę Krzysztof Brun i Syn Fot.: Grzegorz Micuła

Paweł Brun jest wzorowym polskim przedsiębiorcą, z wykształcenia lekarzem weterynarii. Jeszcze przed transformacją zaczął działać w biznesie, zakładając kilka prężnych firm. Obecnie jest m.in. prezesem firmy bioArcus, pioniera likwidacji nieprzyjemnych zapachów na skalę przemysłową.

 Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny polskich biznesmenów; niedawno reaktywował przedwojenną firmę Krzysztof Brun i Syn, której ostatnim prezesem był jego dziadek. W wywiadzie dla portalu Kurier365.pl w Kamienicy Artystycznej (dawnym magazynie firmy) opowiada o swoich pierwszych krokach w biznesie, o reprywatyzacji oraz o tym, co znaczy "pochodzić z rodziny z tradycjami".

Kurier365.pl: Firma bioArcus istnieje od 1987 roku – czy branża biotechnologiczna to pierwsze, czym się Pan zajął?
Paweł Brun: Nie, zaczęliśmy od handlu komputerami. Założyliśmy kilka spółek i potem je sprzedawaliśmy. Na przykład jedną sieć dystrybucyjną wykupili Japończycy z firmy Toshiba.

W Polsce wcześniej nikt się tym nie zajmował? Nie było Toshiby?
Nie było. Na początku lat 90. pewnych rzeczy w Polsce w ogóle nie było. Trzeba je było sprowadzać. Jednym z głównych problemów z jakimi przyszło się nam wówczas zmierzyć było odróżnienie nazwy Toshiba od kawy Tchibo. Polacy myśleli, że sprzedajemy kawę. Wówczas w kraju mało kto znał koncern zatrudniający na świecie prawie 200 tys. osób.

Od początku prowadził Pan swoją działalność w Kamienicy Artystycznej, czy dopiero później udało się ją odzyskać?
Problem z odzyskiwaniem nieruchomości utraconych w wyniku złodziejskiej nacjonalizacji za Bieruta pojawił się później. Cały czas płaciłem przeróżnym kancelariom za konsekwentne prowadzenie tej sprawy. Dopiero dziesięć lat temu udało się nam reaktywować historyczną firmę Krzysztof Brun i Syn, a potem odzyskać tę kamienicę.

Firma nie została nigdy oficjalnie zlikwidowana?
Nie została wypisana z rejestru i dlatego można ją było odzyskać. Muszę powiedzieć, że nie udałoby się to bez życzliwości ze strony sądów i instytucji, które podejmowały te decyzje. Wiem, że trochę takich firm zostało reaktywowanych, ludzie kupili akcje na okaziciela...

Jak w przypadku firmy Giesche. Co Pan o tym sądzi?
To są sprawy dość skomplikowane, bo albo ktoś traktuje prawo poważnie, albo nie. Jeżeli mówi się, że akcja na okaziciela jest prawomocna, a te akcje, będące wcześniej w posiadaniu Ministerstwa Skarbu, wylądowały na rynku kolekcjonerskim, to nie wiem jak można mieć pretensje do kogoś, kto się nimi zainteresował i postanowił je wykorzystać. Nie wchodząc w niuanse, brakuje tu konsekwencji i poważnej ustawy reprywatyzacyjnej. To skandal, że ludzie, którzy potracili majątki we Lwowie nic nie mają, a nieruchomości odzyskuje rodzina Branickich, która ma Wilanów i posiadłości dookoła. Za dużo w tym wszystkim jest przypadku.

Czy ma Pan na myśli jakieś konkretne posunięcia, którymi można by tę reprywatyzację uzdrowić?
Potrzebna jest porządna ustawa reprywatyzacyjna, regulująca wypłacanie części wartości utraconych majątków. Cały czas ten temat zamiata się pod dywan. Kolejne ekipy rządzące odpychają sprawę reprywatyzacji ze strachu, bo jest to wydatek obciążający budżet, ale ludzie, którzy skarżą państwo w sądach zaczynają wygrywać, niektóre sprawy docierają do Strasburga. Przegrane sprawy będą kosztować więcej niż ustawa reprywatyzacyjna, więc postawa polityków nie do końca jest dla mnie zrozumiała. W tym względzie nasze państwo w ogóle się nie spisuje.

Czy w przypadku innych nieruchomości, należących do Pana rodziny, napotyka Pan na takie same problemy?
Tak. Moja rodzina była dość majętna, dorabiała się przez osiem pokoleń. Nadal upominamy się o odzyskanie nieruchomości należących do moich przodków. Jest chaos w tym wszystkim, ale... patrzę na to jak na dar od losu. Inaczej niż mój dziadek – pamiętam, kiedy o tym mówił. To była jego firma; mógł ją sprzedać, przepić, stracić. Nic takiego się nie stało, ale przyszli obcy ludzie i wszystko zabrali, zostawiając w zamian puste obietnice odszkodowań, które budziły śmiech komunistycznych urzędników.

Pana dziadek był ostatnim z całej linii przedwojennych przedsiębiorców. Jaki wpływ miało na Pana pochodzenie z takiej rodziny?
Pochodzenie z rodziny z tradycjami powoduje, że człowiek ma ambicje i one pchają go do działania. Kiedy skończyłem studia, przez kilka lat byłem wiejskim weterynarzem, jedynym w całym województwie, który się uczył angielskiego. Dzięki temu mogłem później wyjechać do Stanów Zjednoczonych na praktykę. Gdy rozkręcaliśmy w Polsce firmę, potrafiłem napisać po angielsku pismo lub załatwić coś za granicą z dostawcami. Ambicja jest ważnym motorem działania.

Jednak na początku pracował Pan jako weterynarz. Nie myślał Pan o tym, że mógłby być przedsiębiorcą jak Pana dziadek?
W tamtym okresie nie było takiej możliwości, przynajmniej bez przedzierania się przez układy. Chyba w 1982 roku postanowiliśmy rozkręcić interes z kolegą, którego również drażniła siermiężność pracy weterynarza. Poszliśmy do Wydziału Handlu i Usług w Wyszkowie, w sprawie założenia sklepu. Dowiedzieliśmy się, że na to „nie ma społecznej potrzeby". „Społeczna potrzeba" znalazła się po miesiącu – wsparta koszem delikatesowym dla pani z urzędu – ale tylko na sklep z używaną odzieżą. Prowadziliśmy ten sklep przez trzy lata, aż sprawa upadła, ale każde takie doświadczenie czegoś człowieka uczy.

Zajmował się Pan dystrybucją sprzętu komputerowego, a potem...
Założyliśmy z kolegami z weterynarii bioArcus. Zauważyliśmy, że pomimo dość dużej liczby produktów do likwidowania odorów lokalnie, nie było żadnego takiego rozwiązania dla przemysłu. Na trop kultur bakterii z Anglii naprowadził nas znajomy, który następnie brzydko się wobec nas zachował. Postanowiliśmy nie rezygnować i sami założyliśmy firmę istniejącą do dziś.

Teraz, kiedy reaktywował Pan już firmę Krzysztof Brun i Syn, czy zamierza Pan poprowadzić dalej rodzinny interes?
Już go prowadzę! Odnowiliśmy kamienicę, która była prawdziwą ruderą. Mamy teraz 2.000 m kw. biur do wynajęcia, z czego 90 proc. już jest wynajęte. Liczymy sobie nieco więcej od sąsiadów, bo oni nie mają tego klimatu. Nieopodal, tam gdzie były hale i składowano żelazo, budujemy kolejny obiekt. Już są zrobione piwnice, parter... Zaraz będą kolejne biura, garaże i sala konferencyjna na różne imprezy. Wprawdzie nie jest to ta sama branża, którą zajmowali się moi przodkowie – wynajem mieszkań to trochę zajęcie dla emeryta – ale też dostarcza emocji.

{jumi [*9]}

a