środa, wrzesień 30, 2020
Follow Us
piątek, 07 wrzesień 2012 13:29

Ryszard Siwiec i echo jego krzyku

Napisane przez Tadeusz Bikk
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ryszard Siwiec na Stadionie Dziesięciolecia Ryszard Siwiec na Stadionie Dziesięciolecia

44 lata temu na Stadionie Dziesięciolecia Ryszard Siwiec podpalił się, krzycząc „Niech żyje wolna Polska!" Choć uczynił to na oczach tysiąca ludzi, przez 20 lat nikt o tym nie wspominał. Również list pożegnalny do żony dotarł do adresatki dopiero po ponad 20 latach.

Ryszard Siwiec 8 września 1968 roku postanowił zaprotestować przeciwko agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Podpalił się na oczach 100 tysięcy ludzi podczas ogólnopolskich dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Jego samospalenie widzieli przedstawiciele najwyższych władz państwowych. I przez 20 kolejnych lat nikt się o tym nie zająknął.
Siwiec urodził się w 1909 roku w Dębicy. Po śmierci ojca rodzina przeprowadziła się do Lwowa. Tam Siwiec studiował filozofię na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Następnie przeniósł się do Przemyśla i rozpoczął pracę w urzędzie skarbowym. W swoim życiu wiele razy protestował. Gdy wybuchła II wojna światowa zrezygnował z pracy, bo nie chciał służyć okupantom. Stał się robotnikiem w zakładach utrzymania zieleni. Był też żołnierzem Armii Krajowej.
Drugi raz Siwiec wystąpił przeciwko władzy, kiedy po wojnie nie przyjął propozycji pracy jako nauczyciel historii. Nie chciał przekazywać dzieciom sfałszowanych faktów. Denerwował się, kiedy czytał podręczniki do historii swoich dzieci. Po zrobieniu kursu na księgowego, znalazł pracę w przemyskim oddziale Tarnobrzeskich Zakładów Spożywczych. Oprócz tego zajmował się hodowlą kur i uprawą ogrodu.
Godzinami potrafił słuchać Radia Wolna Europa. Na maszynie do pisania pisał ulotki, które potem powielał i rozprowadzał. Swoją ostatnią ulotkę podpisaną „Jan Polak" rozrzucił przed samospaleniem.
W marcu 1968 roku kibicował strajkującym studentom. Chciał nawiązać kontakt z przywódcami prostestów, ale nie udało mu się to. Prawdopodobnie już wtedy myślał o własnym proteście. Jego formę wybrał, inspirujac się samospaleniami mnichów buddyjskich, sprzeciwiających się wojnie w Wietnamie.
Do protestu przygotowywał się systematycznie i dokładnie, jednak nikt z członków rodziny nic nie zauważył. 30 kwietnia spisał testament. Przed wyjazdem na dożynki nagrał na taśmę magnetofonową antykomunistyczne przesłanie. Kończyły je słowa: "Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!"
Zanim wyjechał, powiedział rodzinie, że jedzie na delegację do Tarnobrzega. W pociągu napisał list pożegnalny do żony: "Kochana Marysiu, nie płacz. Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że to dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów. Nie przyjeżdżaj do Warszawy. Mnie już nikt nic nie pomoże. Dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu, dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję spokój wewnętrzny jak nigdy w życiu". W liście zawarł też kilka słów skierowanych do dzieci: "Nie dokuczajcie mamie, uczcie się, bo to wasze najważniejsze zadanie na teraz. Niech was Bóg ma w swojej opiece. Całuję was ojciec".
Wysiadł z pociągu i udał się na stadion. Skierował się do sektora nr 13, umieszczonego prawie dokładnie naprzeciwko trybuny głównej. Kiedy na płycie boiska zjawiła się młodzież w ludowych strojach tańcząca poloneza, Siwiec zapalił pierwszą zapałkę. W rękach miał polską flagę, na której napisał: „Za naszą i waszą wolność, honor i ojczyzna". Krzyczał: „Niech żyje wolna Polska" i „To jest krzyk umierającego wolnego człoweika". Z teczki wyjął i rozrzucił ulotki z protestem przeciw agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.
Ludzie wokół niego próbowali mu pomóc i ugasić ogień, jednak on ich odganiał. Ale ludzie z dalszych sektorów wpatrywali się w płytę boiska i nie zauwazyli płonącego człowieka. Protest zagłuszała głośna muzyka.
Na miejsce szybko przybyli milicjanci i esbecy. Po ugaszeniu płomieni, przewieziono Siwca do Szpitala Praskiego. Bezpośrednim świadkom zdarzenia esbecy powiedzieli, że Ryszard Siwiec był niezrównoważony psychicznie. A uroczystości dożynkowe trwały dalej. Potem bezpieka rozprowadzała plotki o rzekomej chorobie alkoholowej Siwca.

 

W szpitalu Ryszard Siwiec żył jeszcze 4 dni. Na jego pogrzebie w Przemyślu zjawiło się mnóstwo ludzi. To była milcząca manifestacja tych, którzy chcieli oddać hołd protestującemu.
Swój pożegnalny list Siwiec przekazał znajomemu o nazwisku Tchórzewski. Jego żona, nie zastawszy nikogo w domu Siwców, zostawiła list w drzwiach. List przejęli esbecy. Ostatnie słowa Ryszarda Siwca dotarły więc do jego żony dopiero po 20 latach. List w teczce operacyjnej sprawy Siwca odnalazł Maciej Drygas, reżyser, który nakręcił film o Siwcu „Usłyszcie mój krzyk". Dzięki temu dokumentowi z 1991 roku świat dowiedział się o czynie Ryszarda Siwca. Wcześniej bowiem o samospaleniu nie było żadnych wzmianek w prasie.

Siwiec został pośmiertnie uhonorowany wieloma nagrodami, m.in. orderem Tomasza Masaryka. Otrzymał również Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Kiedy dziś wchodzimy na Stadion Narodowy w Warszawie,warto przypomnieć sobie, że był on miejscem historycznych wydarzeń i protestów. Tym bardziej warto, że wielu dołożyło sporych starań, by były one zapomniane.

{jumi [*8]}

a