poniedziałek, listopad 18, 2019
Follow Us
czwartek, 10 październik 2019 13:16

Wołyń 2019: coś dla frustratów, miłośników przyrody i amatorów mocnych wrażeń Featured

Written by Cezary Rudziński
Rate this item
(1 Vote)
I pełne frustracji stwierdzenie: trwamy tu, aby uratować zabytek. Jak go opuścimy, to go natychmiast ludzie rozbiorą na cegły, a części metalowe na złom. A przecież – wskazywał – tutejsze mury mają metr grubości i są w dobrym stanie. I pełne frustracji stwierdzenie: trwamy tu, aby uratować zabytek. Jak go opuścimy, to go natychmiast ludzie rozbiorą na cegły, a części metalowe na złom. A przecież – wskazywał – tutejsze mury mają metr grubości i są w dobrym stanie. Cezary Rudziński

Łuków z położoną trochę na uboczu stacyjką kolejową Maciejów (Macieiw) na trasie Kijów – Kowel – Chełm – Lublin – Warszawa, na której nie zatrzymują się jednak żadne pociągi dalekobieżne, jest współcześnie osadą typu wiejsko – miejskiego.

W przeszłości mieszkał w Maciejowie z rodziną – jego duży parterowy dom zachował się w dobrym stanie – dziadek mojego towarzysza podróży. A jego mama chodziła w latach 30-tych do szkoły w pałacu prowadzonej przez zakonnice. I te związki rodzinne tu nas przywiodły. Jest to miejscowość z dosyć bogatą przeszłością oraz raczej żałosną współczesnością.

Założona została w roku 1537, a w 1557 r. otrzymała od króla Zygmunta II Augusta magdeburskie prawa miejskie. I należała najpierw do Stanisława Maciejowskiego, kasztelana sandomierskiego. Za zgodą tegoż władcy wybudował on tu zamek. Po nim właścicielami tutejszych dóbr byli Wiśniowieccy oraz Sapiehowie. Miasteczko i zamek zrujnowali Szwedzi w 1708 r., ale kolejny dziedzic, Franciszek Ksawery Miączyński, przebudował w końcu XVIII w. to, co pozostało z zamku, na spory pałac z parkiem angielskim oraz sadem. W parku postawił rodową kaplicę barokową.

Tragiczne losy wojenne I smutna współczesność

W 1903 r. kolejny z Miączyńskich sprzedał pałac i ziemię rosyjskiemu nabywcy. A latach międzywojennych urządzono w nim seminarium nauczycielskie, szkołę powszechna i ochronkę. Maciejów przeżył bardzo ciężko II wojnę światową. Eksterminację miejscowej ludności żydowskiej, atak UPA, był też miejscem schronienia miejscowych Polaków, których Niemcy wywozili sukcesywnie do Chełma i na roboty przymusowe „do Reichu”. Od 1965 r. popadający obecnie w ruinę pałac zamieniono na szpital gruźliczy. Początkowo na 280 chorych, jeszcze pięć lat temu było ich 80-ciu, obecnie tylko… dwu.

Opowiedział nam to tutejszy młody lekarz, skierowany pięć lat temu do tego szpitala, po ukończeniu studiów we Lwowie. Zainteresował się, kto chodzi dookoła i fotografuje budynki. Na naszą uwagę, że dawny pałac, chociaż jest zabytkiem, sypie się ze starości i wymaga gruntownego remontu. Oraz pytanie: jaki jest sens utrzymywania szpitala w tak dużym obiekcie, tylko z dwoma chorymi? Usłyszeliśmy opowieść o tragicznej sytuacji służby zdrowia na Ukrainie, zupełnym niedocenianiu leczenia gruźlicy, drastycznym braku środków na wszystko.

Dwie świątynie

I pełne frustracji stwierdzenie: trwamy tu, aby uratować zabytek. Jak go opuścimy, to go natychmiast ludzie rozbiorą na cegły, a części metalowe na złom. A przecież – wskazywał – tutejsze mury mają metr grubości i są w dobrym stanie. Wymiany wymagają tylko okna i drzwi, częściowo sieć wodociągowo – kanalizacyjna i elektryczna, no i odrestaurowanie zewnętrzne.

Ale perspektyw na to nie widzę. Zbulwersowani ruszyliśmy do centrum osady. W Maciejowie – Łukowie zachowały się dwie zabytkowe świątynie, z których jedna jest nadal zrujnowana, chociaż już odbudowywana. No i sporo domów mieszkalnych z kilku epok i w różnym stanie.

Obie świątynie, obecnie prawosławne, mają niewątpliwy katolicki rodowód, o czym świadczy chociażby ich architektura. Stoją naprzeciw siebie, po dwu stronach drogi od pałacu do ryneczku. Z tym, że starsza, ta w ruinie, ma wejście jak gdyby „od tyłu” z tego samego kierunku, co chyba niedawno odnowiona cerkiew, ze stojącą przed nią wielką dzwonnicą. Drewnianą, trzypoziomową, krytą gontami oraz ze ścianami pomalowanymi na kolor ciemno zielony, stanowiąc architektoniczny dysonans w sąsiedztwie tych dwu zabytkowych. Kościół p.w. św. Anny i św. Stanisława budowano od roku 1595 ze środków wspomnianego kasztelana Stanisława Maciejowskiego i tutejszych wiernych.

Zagadkowa cerkiew

Dokończony został w roku 1614 przez późniejszych właścicieli zamku Mikołaja i Annę Sapiehów oraz podkomorzego włodzimierskiego Fryderyka Sapiehę. A w 1636 r. dodatkowo przez Ewę Sapieżynę. W 1708 r. roku zniszczyli go Szwedzi walczący, także tu, z Rosją cara Piotra I. Odbudowany został jednak wkrótce z inicjatywy Atanazego Miączyńskiego, wojewody wołyńskiego i jego żony Reginy. W 1870 r. skonfiskowany został przez władze carskie i przekazany cerkwi prawosławnej. W 1875 r. dobudowano do niego dwa skrzydła boczne uzyskując plan krzyża.

I „przechrzczono” na cerkiew Swjato – Uspienską (Zaśnięcia Matki Bożej). W 1920 r. świątynia wróciła do katolików, ale po włączeniu Wołynia w 1939 r. w skład Ukraińskiej SRR zamieniono go na skład zboża. Później opuszczony niszczał, zawalił się dach, w oknach powybijano szyby. Od sierpnia 2008 roku po częściowym remoncie i ponownym poświęceniu, działa jako cerkiew prawosławna. Tyle wyczytałem na tablicy informacyjnej przed nim, w językach ukraińskim i angielskim. To zresztą mocna strona zabytków na Ukrainie, że o większości z nich informacje znajdują się albo na ścianach budowli, ich ogrodzeniu lub osobnych tablicach.

Którą cerkiew przedstawia rysunek?

Ale ilustracja pod tym tekstem – stary rysunek kościoła – zupełnie nie pasuje do tego, który oglądamy w trakcie odbudowy. Przedstawia bardzo wiernie… wspomnianą już świątynię stojącą po drugiej stronie drogi. Trudno mi też uwierzyć, że w ruinie, którą oglądam, od ponad 10 lat odbywają się msze. Bo jej dachu częściowo brak, zaś przygotowana do zamontowaniu na szczycie – skrzyżowaniu nawy i skrzydeł – cebulasta kopuła stoi jeszcze na ziemi. Pokryta jednak dachem jest część świątyni, do której drzwi są zamknięte. Może więc rzeczywiście odbywają się w niej msze, skoro na innej tablicy jest nawet informacja o ich dniach i godzinach.

Po powrocie do kraju sporo czasu poświęciłem na wyszukiwanie informacji oraz ilustracji dotyczących tego kościoła – cerkwi św. Anny. Zgadza się, że ma ona, w odróżnieniu od sąsiedniej, dwa skrzydła tworzące łącznie plan krzyża. Ale rysunek na tej informacji dotyczy, co uważam za bardziej prawdopodobne, sąsiedniej cerkwi. Ewentualnie jest to stary sztych z czasów, gdy nie dobudowano do niej skrzydeł, zamieniając kościół katolicki w cerkiew. Chociaż widok frontonu też się nie zgadza. Ta druga, sąsiednia świątynia, to cerkiew św. Paraskewy, zbudowana wg. informacji w roku 1723.

Droga nad jeziora

Czy wcześniej też była kościołem katolickim, na co wskazuje jej architektura? Na ten temat nie udało mi się znaleźć żadnej informacji. Dodam, że w osadzie zachowała się również synagoga, niestety w fatalnym stanie opuszczenia. Nasze dalsze plany poznawania regionu wołyńskich jezior musieliśmy zmodyfikować. Wspomniany lekarz w szpitalu gruźliczym zapewnił nas, że bocznymi drogami, z wioski do wioski, tam nie dojedziemy. A przynajmniej w dającym się przewidzieć czasie. I z realną szansą na połamanie samochodu. Takie są boczne i wiejskie drogi w tej części Wołynia.

Ta przez Luboml okazała się dobra i szybka. Jadąc mijamy parę wiosek położonych na jej uboczu. Mnóstwo lasów i zieleni, ale także nieużytków, terenów niezagospodarowanych. Zadbane działki przyzagrodowe, o ile można to ocenić na podstawie zieleni oglądanej z przejeżdżającego samochodu. Zatrzymujemy się na krótko w Zgoranach, przy pierwszym z jezior. Według mapy powinien być w nich jakiś zabytek, obiekt sakralny oraz turystyczne miejsce wypoczynku. Pierwszych dwu jakoś nie dostrzegamy, mogą być gdzieś dalej od drogi, lub tylko jakaś kapliczka, a drogowskazów brak.

Szacki Park Narodowy - Rezerwat Zagorańskie Jeziora

Trudno zresztą zatrzymywać się przy każdej cerkiewce, kapliczce czy miejscu pamięci. Miejsce turystyczne jest tu rzeczywiście, zagospodarowane, na skraju lasu i nad jeziorem, z tablicą informacyjną: Rezerwat Zagorańskie Jeziora. Ładne widoki, ale wyraźnie też widać, jak woda cofnęła się od brzegów. Tegoroczna susza i tutaj stanowi problem. Chwilę odpoczywamy, nie ma w pobliżu żywego ducha. Jest środowe popołudnie, już po sezonie letnim. Prawdziwa kraina jezior, do której zdążamy – Szacki Park Narodowy, zaczyna się kilkanaście kilometrów dalej. Istnieje on od 1983 roku i w lecie jest bardzo popularny.

Zarówno ze względu na jeziora, jak i malownicze widoki. Z informacji na odwrocie turystycznej mapy dowiaduję się, że położony jest on na dziale wodnym Bugu i Prypeci. Liczy 32,8 tys. ha, rośnie w nim i żyje ponad 800 gatunków flory, z czego 20 wpisanych do „Czerwonej Księgi” Ukrainy. I sporo fauny, w tym ponad 30 gatunków ryb, wśród nich słynne węgorze. Na terytorium parku są 23 jeziora, z największym Świteź (wołyńska) o pow. 2750 ha i głębokości do 58,4 m. Na jego środku jest wyspa o pow. 7 ha, z legendą o tym, że miejscowi: chłopak i dziewczyna zamienili się w jawor i lipę.

Nad wołyńską Świtezią

Jest też inna, że woda z tego jeziora jest (była?) tak doskonała, ze zamawiały ją do swoich wanien warszawskie damy z wyższych sfer. Ile w tym jest lokalnej megalomanii, a ile faktów, nie wiem. Niemal cały obszar parku narodowego między jeziorami porastają lasy, w 70% sosnowe.

Przed wjazdem do Szacka drogowskaz kieruje nas najpierw do miejscowości Świteź. Położona jest nad jeziorem z brzegami dosyć szczelnie zabudowanymi wiejskimi chałupami, ośrodkami wypoczynkowymi, hotelikami i bungalowami. Znajdujemy jednak jakiś dojazd do wody obok ośrodków z tabliczkami „Zdajut’sia kimnaty” (Pokoje do wynajęcia) i numerami telefonów.

W pobliżu brzegu opalają się na leżankach dwie niewiasty, trzecia wraca właśnie z kąpieli. W odległości ponad stu metrów woda nie sięga jej nawet kolan, bliżej brzegu kostek. Zacumowane łodzie nie są już chyba w stanie wypłynąć na jezioro. Upały zamieniły brzegi miejscami w grząską płyciznę. Chwilę odpoczywamy, po czym ruszamy, aby obejrzeć ośrodki i obiekty wypoczynkowe. W jednym z nich, z piętrowymi, drewnianymi bungalowami wychodzi do nas właścicielka, zachęca do zatrzymania się u niej. Jak dowiaduje się, że jesteśmy polskimi dziennikarzami, zaprasza, pokazuje oferowane mieszkania.

Nie każdą drogą można dojechać do Kowla

Są dosyć ciasne, od dwu do kilkuosobowych w 2 pomieszczeniach, także z piętrowymi łóżkami, ale z łazienkami, toaletami i kuchniami, w których można gotować sobie posiłki, bo sklepy są niedaleko. Ceny zależą od sezony – w tym przypadku, w odróżnieniu od hoteli, widać tu już „prawa rynku”. W sezonie 2-osobowy pokój kosztuje 200 hrywien (ok. 30 zł) za dobę, od osoby 100 UAH. Przed i po sezonie oczywiście taniej. Wystarczy zadzwonić i poprosić Tamarę. To byłaby świetna oferta na weekendy, także rowerowe, polskich turystów, bo to od Chełma tylko około 60 km, gdyby nie ten czas tracony na granicy.

Nie możemy jednak przenocować, gdyż spieszymy się do Kowla. Wpadamy jeszcze po drodze do Szacka, który dał nazwę parkowi, ale to dziura, w której nie zauważyliśmy niczego godnego uwagi. Zresztą także na mapie zaznaczony jest w nim tylko park. Objeżdżamy jezioro Lucymer, nad którym leży, i decydujemy się na dalszą drogę do Kowla nie drogą i szosą, które już przejechaliśmy, ale bocznymi, przez wsie i lasy. Wybieramy najbliższą miejscowość na mapie, Wiłycię, pytamy czy da się przejechać. Spotkani ludzie potwierdzają. Rzeczywiście, jest droga, nawet brukowana kamieniami.

Poddajemy się po raz drugi

Tak potwornie jednak na niej trzęsie, że próbujemy jakiegoś skrótu przez las. Na piaszczystym dukcie widać ślady opon samochodowych, więc może da się przejechać?

Dwa razy omal nie zakopujemy się w piachu, mimo dosyć wysokiego podwozia. W okolicy ni żywego ducha. Po przejechaniu tak 9 km w ciągu ponad pół godziny załamujemy się i zawracamy na znaną nam już dobra szosę. Ryzyko było zbyt duże, bez możliwości sprowadzenia pomocy w razie potrzeby. Dokładniejsze sprawdzenie wieczorem w hotelu w komputerze pokazało, że dukt ten kończył się na jakichś bagniskach…

Ale to świetne tereny, jeżeli nie na „szkołę przeżycia”, to na pewno na turystykę ekstremalną. Wystarczy tylko silny samochód terenowy z odpowiednim sprzętem, zapas żywności i na wszelki wypadek telefon satelitarny. Nie trzeba szukać bezdroży i mocnych wrażeń gdzieś na Bałkanach. W Kowlu czeka nas niemiła niespodzianka. Jeden z tanich hoteli znalezionych w Internecie oferował 2-osobowe pokoje z dwoma osobnymi lóżkami za równowartość 47 zł. W realu okazało się, że jest to noclegownia jakiegoś młodzieżowego klubu piłkarskiego w przemysłowo – transportowej dzielnicy.

Garkuchnia i szokująca recepcjonistka

Z zapachami garkuchni przyprawiającymi o mdłości i salami zbiorowymi. Bez planu miasta ruszyliśmy według drogowskazów do centrum. I trafiliśmy przypadkiem do hotelu „Lisowa pisnia” (Pieśń Lasów) przy jednej z głównych ulic, między dworcem kolejowym i deptakiem. Ale i powalającą obsługą. Hotel jest częściowo w remoncie, wszystkie miejsca w zasadzie zarezerwowane. Po krótkiej rozmowie po ukraińsku, że my tylko na jedną noc, a w ogóle to przyjechaliśmy po to, aby zobaczyć, co ciekawego w Kowlu można zaproponować polskim turystom, pokój jednak się znalazł.

I to taki, jaki chcieliśmy, z dwoma osobnymi łóżkami. Gdy jednak wjechaliśmy do niego z bagażami okazało się, że łóżko jest tylko jedno, szerokie „małżeńskie”. W trakcie reklamacji wyszło na jaw, że recepcjonistka, jedyna w kilku piętrowym hotelu z dosyć długimi korytarzami, nie ma pojęcia, jakie łóżka są, i w których, pokojach dwuosobowych. I zaczęła obchodzić z nami hotel z pękiem kluczy. otwierając po kolei jeszcze wolne pokoje, aż trafiła na taki z dwoma łóżkami. Tyle, że w dwu sąsiadujących ze sobą pokojach z jedną łazienką i dwoma podwójnymi łóżkami. A to już inna cena…

Jak zwiedzać bez planu miasta i informacji?

Nie pomogło stwierdzenie, że przecież już zapłaciliśmy za pokój zgodnie z naszym zamówieniem. I to tylko na jedną noc. Znowu usłyszeliśmy, tak jak poprzedniego wieczoru: ja tu tylko pracuję, muszę liczyć tak jak w cenniku. A zapytana, jak pieszo lub samochodem trafić do znanego soboru prawosławnego i zabytkowego kościoła katolickiego, odpowiedziała rozbrajająco i powalająco zarazem: ja nietutejsza. O planach miasta, czy jakichkolwiek materiałach nawet nie słyszała. A żeby było śmieszniej (?), hotel ten, co zaznaczone jest na frontonie, prowadzi lokalna organizacja turystyczna…

Oferuje on też – sądząc z wizytówki – sale konferencyjne, fryzjera, Internet, śniadania, przechowalnię bagaży oraz całodobowy płatny parking. Wszystko, poza dostępem do wi-fi , dodatkowo płatne. Przy czym parking nie w recepcji, tylko u jego dzierżawcy. A ile to kosztuje, to recepcjonistka nie wie. Ale z hotelu w sumie byliśmy zadowoleni. Jego lokalizacja okazała się świetna, pokoje w starym, sowieckim stylu, z nowo wstawionymi plastikowymi oknami i jeszcze nie oderwanymi od nich okleinami, „za to” z poobrywanymi tapetami. Ale z ciepłą wodą…

Ostatnią część relacji z tego wyjazdu opublikuję wkrótce. A później o ciekawych miastach i miasteczkach, zamkach, klasztorach i świątyniach Wołynia.

Zdjęcia autora