środa, styczeń 26, 2022
Follow Us
wtorek, 04 sierpień 2020 12:54

Słowacja: turystyka w czasach zarazy (3) – jak to dawniej bywało Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Jak już wspomniałem na wstępie tej relacji z dziennikarskiej podróży w czasach zarazy, do Słowacji mam stosunek szczególny Jak już wspomniałem na wstępie tej relacji z dziennikarskiej podróży w czasach zarazy, do Słowacji mam stosunek szczególny Fot. Cezary Rudziński

Z naszymi południowymi sąsiadami, Słowakami, mamy bliskie związki już od środkowego Średniowiecza. Czasów sprzed wcielania ich ziem do Królestwa Węgier, po przybyciu znad Wołgi na ziemie na południe od Dunaju koczowniczych plemion Madziarów, gdy na północ od niego istniały słowiańskie księstwa.

A także potężnego Państwa Wielkomorawskiego (820-907), z którym sąsiadował, a następnie wszedł w jego skład kraj Wiślan. Chrystianizację prowadzili tam, w obrządku bizantyjskim i języku słowiańskim, Apostołowie Słowian, święci bracia Cyryl i Metody.

W początkach chrześcijaństwa

I w nim powstały na ziemiach polskich pierwsze wspólnoty chrześcijańskie oraz ich kościoły, a nie dopiero w obrządku rzymskim dzięki przyjęciu w nim chrztu przez księcia Polan Mieszka i jego małżeństwu z czeską księżniczką Dubravą, nazywaną u nas Dąbrówką. Przy czym nie wszyscy chyba wiedzą, że nigdy nie było, przynajmniej w postaci dosłownej, żadnego zbiorowego „Chrztu Polski” w roku 966. Tak jak np. na Rusi, gdzie książę kijowski Włodzimierz I (ok. 956-1015), nazwany później Wielkim i uznany za świętego, najpierw ochrzcił się w roku 988 na Krymie w greckim wówczas Chersonezie Taurydzkim, w pobliżu obecnego Sewastopola.

A następnie w Kijowie spędził swoich poddanych do Dniepru, w którego wodach ochrzcił ich zbiorowo, oczywiście także w obrządku bizantyjskim. Nawiasem mówiąc, także na Rusi chrześcijańskie świątynie budowano na wiele lat przed jej oficjalnym Chrztem A to. dzięki bizantyjskim księżniczkom wyznającym tę religię, wydawanym za mąż za ruskich książąt. Najstarsza znana, zapewne drewniana, cerkiew p.w. św. Ilji (proroka Eliasza) wzniesiona została w Kijowie nad Dnieprem, w obecnej dzielnicy Podół, wówczas samodzielnym podgrodziu, już w I połowie X w.

Gdy słowackim Spiszem administrowali Polacy

O czym świadczy fakt, że w niej podpisana została w roku 945 ważna umowa między księciem kijowskim Igorem Rurykowiczem i bizantyjskim cesarzem Romanem II Porfirogenetą (939-963). Co przypomina tablica na ścianie tej cerkwi, przebudowanej w 1552 r. w stylu ukraińskiego baroku. Wracając do Mieszka I i początków chrześcijaństwa w Polsce, warto przypomnieć, że wraz z nim ochrzczono także jego domowników i drużynę. Zaś w kraju nową religię wprowadzano przez dziesięciolecia, także przymusem. I to jej kapłani zacierali ślady obrządku bizantyjskiego na ziemiach polskich.

Zwłaszcza po uznaniu w roku 885 przez Rzym rytu słowiańskiego za heretycki. Chociaż na południowych ziemiach polskich był on popularny jeszcze przez dziesięciolecia, także w niektórych klasztorach benedyktynów. Jeżeli chodzi o związki Polski z ziemiami słowackimi oraz Polaków ze Słowakami, to koniecznie trzeba uwzględnić także przynajmniej dwa fakty. Pierwszy, to ponad 300 letnie podporządkowanie słowackiego Spiszu Polsce, jako zastawu za pożyczkę udzieloną w 1412 roku przez Władysława Jagiełłę Zygmuntowi Luksemburskiemu.

Węgrzy czy Słowacy?

Wówczas królowi węgierskiemu i niemieckiemu, później cesarzowi. Ogromną na owe czasy, przed odkryciem Nowego Świata oraz tamtejszych złóż srebra i złota, w kwocie 37 tys. kop szerokich groszy praskich, tj. około 7 ton czystego srebra. Nigdy zresztą niespłaconą, gdyż dług ten „anulowała” austriacka cesarzowa Maria Teresa w roku 1772 po I rozbiorze Polski. Ale przez ponad 3,5 wieku ziemiami spiskimi zarządzali polscy starostowie. I drugi fakt. Nadal bardzo popularne jest powiedzenie „Polak – Węgier, dwa bratanki, i do szabli i do szklanki”.

Wiadomo, że węgierskie wina, nazywane u nas w przeszłości węgrzynem, były ulubionym trunkiem na dworach królewskich, książęcych i magnackich oraz zamożniejszej szlachty. Ale czy powiedzenie to dotyczy rzeczywiście Węgrów, lub tylko ich oraz win węgierskich? Zdaniem Jana Bošnoviča, wieloletniego dyrektora przedstawicielstwa turystyki słowackiej w Polsce, te przyjazne stosunki dotyczyły przede wszystkim Słowaków. Nazywanych w przeszłości też Węgrami, gdyż mieszkali na ziemiach nazywanych Północnymi Węgrami.

Tu zaczynałem poznawanie świata

Polaków od etnicznych Madziarów zawsze dzieliła, i nadal dzieli, bariera językowa. Sfery dworskie, magnateria, a także część wykształconej szlachty obu krajów porozumiewały się po łacinie. Nie mieli natomiast problemów językowych Polacy w rozmowach z „węgierskimi” Słowakami. A nasze wzajemne kontakty, przyjaźnie i wspólne picie wina było czymś częstym. Mnie Janko przekonał, że przytaczając powiedzenie o „bratankach”, należy przynajmniej uwzględniać również naszych najbliższych południowych, słowiańskich sąsiadów.

Jak już wspomniałem na wstępie tej relacji z dziennikarskiej podróży w czasach zarazy, do Słowacji mam stosunek szczególny. W niej bowiem rozpoczynałem zagraniczne podróże. Myślę, że współczesne, zwłaszcza młode pokolenie rodaków przyzwyczajonych do życia na obszarze Układu z Schengen i podróżowaniu po nim tylko z dowodami osobistymi – ograniczenia związane z pandemią koronawirusa były, mam nadzieję, tylko epizodem, nie ma pojęcia, jak (nie) podróżowaliśmy „po świecie” jeszcze kilkadziesiąt lat temu. I przeczyta o tym jak o przysłowiowym „żelaznym wilku”.

Trochę wspomnień

A było to tak. Po II wojnie światowej w Polsce turystyka i w ogóle prywatne wyjazdy zagraniczne praktycznie nie istniały. Pomijam rzadkie służbowe oficjeli.

W moim przypadku co prawda pogranicznicy polscy i czechosłowaccy przymknęli oczy, jak kilkunastu uczestników naszego wędrownego obozu harcerskiego przechodziło w sierpniu 1948 roku, oczywiście w mundurach, na szczycie Śnieżki do stojącego po południowej stronie granicy i odległego od niej o kilkadziesiąt metrów schroniska czeskiego. Gdzie zresztą nawiązaliśmy ciekawe kontakty z czechosłowackimi junakami, jak nazywali się tamtejsi skauci – harcerze.

Ale tak naprawdę, to po raz pierwszy naszą granicę państwową przekroczyłem legalnie dopiero na początku lata 1956 roku. Wprowadzono wówczas tak zwaną Strefę Konwencji w Wysokich Tatrach. Obejmowała ona tylko trasy górskie do, i z nimi, biegnącej po południowej stronie głównych masywów górskich szosy i linii kolejki elektrycznej, na odcinku tatrzańskim od Tatrzańskiej Łomnicy, przez Stary Smokovec i kilka innych przystanków do Štrby oraz przepięknego Štrbskeho Plesa (Jeziora Szczyrbskiego). Można je było przekraczać tylko w jednym miejscu, drogą prowadząca do położonego o trochę ponad kilometr kempingu w Starej Lesnej.

Jak to było w „strefie konwencji” w Tatrach

Ale już próba pojechania wspomnianą kolejką na południe, do odległego o 12 km miasta Popradu, gdzie zaczynała się ta trasa, groziła natychmiastową ekstradycją. I utraceniem na długo specjalnego, wielostronicowego dokumentu: Karty Turystycznej. Wydawały je Miejskie Komitety Turystyki w Radach Narodowych, po spełnieniu szeregu wymogów. Karty te upoważniały do otrzymywania w komendzie milicji w Zakopanem dwukrotnie w ciągu roku przepustek na udanie się w Strefę Konwencji. A na tej podstawie uzyskiwanie prawa do wymiany na korony czechosłowackie skromniutkiego przydziału dewiz.

W praktyce starczało ich na noclegi na kempingu, ew. dojazd autobusem do Tatrzańskiej Łomnicy i poruszanie się kolejką dalej na zachód. Żywność zabieraliśmy z kraju. Ponieważ od kilku lat chodziliśmy po polskich Tatrach, staraliśmy się przebywać i „łazić” po słowackich podczas jednego wyjazdu jak najdłużej. Ale aby otrzymać drugą przepustkę w tym samym roku, musieliśmy wracać ze słowackiej strony do Zakopanego i powtarzać całą procedurę od początku. Z moimi pierwszymi pobytami w Tatrach słowackich wiążą się dwie przygody.

Na najwyższych szczytach Tatr

Po, jak zwykle, kilku dniach aklimatyzacji w polskich Tatrach zachodnich i otrzymaniu upragnionych przepustek oraz dewiz, wybraliśmy się z moją przyszłą żoną najpierw na rekonesans od Łysej Polany, w okolice Tatrzańskiej Łomnicy i Starego Smokowca. A zaraz po tym, w „drugim podejściu” zaraz po pierwszym, już w Wysokie Tatry. Wspinając się z Łysej Polany, przez m.in., polany pod Żabiem i pod Wysoką, Kaczą Dolinę i Polski Grzebień, do Wielickiego Stawu. Stojące tam wówczas schronisko było puste, przed remontem. Ale znaleźliśmy jakieś zakurzone materace i przenocowaliśmy „za frico”.

Poznaliśmy też dwu sympatycznych czeskich studentów z Pragi. Następnego dnia wybrałem się z nimi, bo moja dziewczyna poczuła się źle na tej wysokości i pokonaniu poprzedniego dnia dosyć ostrego podejscia, na najwyższy tatrzański szczyt – Garłuch (Gerlach, 2655 m n.p.m.). Bez oznakowanego szlaku, bo był to zamknięty region Tatrzańskiego Parku Narodowego. A tylko kierując się według kamiennych kopczyków ustawionych w latach międzywojennych przez polskich taterników. I rozpoczynając w ten sposób intensywną „trzydniówkę” w najwyższych partiach słowackich Tatr.

Mogło się to skończyć niemiło

Po powrocie ze szczytu zeszliśmy do Tatrzańskiej Łomnicy, aby kolejką dojechać w okolicę kempingu w Starej Lesnej, o ile pamiętam do przystanku Tatranská Polianka.. Następnego dnia, również w trójkę, weszliśmy na szczyt Łomnicy (2334 m n.p.m), pokonując jednego dnia, w obie strony, od kempingu prawie 3 kilometry różnic wysokości. Gdy wspinaliśmy się ostatnim odcinkiem, niemal 500 m różnicy poziomów, w dużej części po łańcucha i klamrach, turyści wjeżdżający w pobliżu kolejką linową, machali nam dłońmi.

Daliśmy sobie nieźle „w kość”.

Ale trzeciego dnia podjechaliśmy jeszcze do Szczyrbskiego Plesa, a stamtąd wspięliśmy się na „Świętą Górę Słowaków” – Krywań. Następne dni wykorzystaliśmy na mniej męczące trasy. Wcześniej jednak, w drodze z Gerlachu do Starej Lesnej, czekając na elektryczną kolejkę w Tatrzańskiej Łomnicy wraz w niedzielnym tłumem oczekującym na jadącą w przeciwnym kierunku, do Popradu, rozmawialiśmy po czesku. I gdy na przodzie elektrowozu wjeżdżającego składu zobaczyłem wielką czerwoną gwiazdę, chyba zbyt głośno zapytałem: czy macie tu w Tatrach za mało kamieni, aby nareszcie postrącać te gwiazdy?

Jak to było z paszportami i wyjazdami bez nich?

Natychmiast zrobiło się wokół nas pusto i przeraźliwie cicho. W tym momencie wjechał jednak także skład do Popradu, bo w Tatrzańskiej Łomnicy miały one mijankę. Ludzie zajęli miejsca, my też, kolejka ruszyła. Skończyło się bez nieprzyjemnych konsekwencji. No cóż, byłem młody, Polska była właśnie po Poznańskim Czerwcu, narastał Październikowy bunt i polityczna odwilż… W Słowacji, najpierw w jednym państwie z Czechami, później już samodzielnej, byłem później wielokrotnie. Na podstawie różnych dokumentów.

Pamiętam jakieś wyjazdy dziennikarskie na początku lat 60-tych, z dowodami osobistymi i tylko zbiorową listą uczestników. Bo paszporty, to kolejny ciekawy temat w historii naszej turystyki. W 1971 r., już pod rządami „Pierwszego Sekretarza” Gierka, wprowadzono ruch bezpaszportowy z NRD. Natychmiast redakcja wysłała mnie w podróż reporterską do Saksonii i Berlina, aby zobaczyć i opisać, jak on wygląda z bliska. Później, także w latach 70-tych, zaczął obowiązywać bezpaszportowy ruch do europejskich „krajów socjalistycznych”.

Osiem paszportów równocześnie

Poza Jugosławią, do której na wyjazd turystyczny potrzebny było specjalny dokument podobny do paszportu, ale bez fotografii, nazywany Wkładką paszportową do dowodu osobistego. Od końca lat 70-tych już łatwiej było otrzymywać paszporty także na podróże turystyczne. Z czasem nawet posiadać je w domu. Przy czym osobne były na kraje socjalistyczne i odrębne na cały świat. Ale na podstawie tych drugich nie można było jeździć tylko do tych pierwszych. Obok prywatnych, były paszporty służbowe oraz, oczywiście, dyplomatyczne. Każde z okładkami innego koloru. Przy czym służbowe powiązane były z miejscem pracy, lub innej działalności i przechowywane w instytucjach wysyłających. Prowadziło to do niezwykłych sytuacji. Pamiętam okres, gdy równocześnie posiadałem… 8 ważnych paszportów! Dwa prywatne, na kraje socjalistyczne i cały świat w domu oraz także po dwa z tytułu pracy dziennikarskiej, przechowywane w RSW .Prasa”, pilota turystycznego – w biurze podróży, z którym współpracowałem oraz w Ministerstwie Łączności, które „patronowało” dużej wówczas organizacji hobbystycznej, w której szefowałem komisji współpracy zagranicznej.

Dziennikarskie wyprawy studyjne

Ta relatywna swoboda podróżowania (gorzej było z pieniędzmi na to, przy zarobkach, w przeliczeniu, 25-30 dolarów miesięcznie) budziła niedowierzanie i zazdrość w innych państwach „obozu socjalistycznego”. No cóż, byliśmy w nim „najweselszym barakiem”. Miało to niekiedy zaskakujące konsekwencje. Od połowy lat 80-tych do początku 90-tych organizowałem i prowadziłem społecznie dziennikarskie wyprawy studyjno – turystyczne po Europie. Miesięczne, autokarowo – trampingowo – kempingowe. Mówiąc obrazowo od Cabo da Roca, najdalej na zachód wysuniętego przylądka kontynentu europejskiego w Portugalii, aż do południowo wschodniej Anatolii w Turcji, już blisko jej granicy z Syrią.

W wyprawach tych uczestniczyli nie tylko dziennikarze z mojej macierzystej redakcji, (konieczne było jej poparcie do GKKFiT, który wydawał nam listy polecające do organów paszportowych i ambasad, bo przecież obowiązywały wizy), ale również członkowie rodzin i niezbędni, zaprzyjaźnieni specjaliści. Przede wszystkim lekarz i ktoś znający się na motoryzacji. Bo jeździliśmy wypożyczanymi starymi Ikarusami, raz z niemiłą awarią.
Trzecia z tych wypraw, na Półwysep Iberyjski w 1987 roku, prowadziła przez NRD, RFN, Belgię, Francję, do północnej i środkowej Hiszpanii.

Nawet słowaccy pogranicznicy nie mogli zrozumieć…

A następnie wzdłuż Portugali, przez południową Hiszpanię, Francję, Włochy, Austrię i Czechosłowację. Gdy w drodze powrotnej wjechaliśmy na przejście graniczne koło Bratysławy, z przemoczonymi namiotami, bo na kempingu pod Wiedniem padało, pustymi już butlami i kuchenkami gazowymi itp. zarówno pogranicznicy, jak i celnicy czechosłowaccy nie mogli zrozumieć, jak chcemy to wszystko przewieźć, skoro nie dokonaliśmy odprawy warunkowej w drodze na krańce Europy przez Czechosłowację. Gdy im pokazałem dokumenty i trasę, jaką jechaliśmy, zbaranieli.

A ponieważ wszystko to tłumaczyłem im po czesku, jeden dosłownie „wściekł się”.

Musimy was dokładnie skontrolować, zdecydował, zjeżdżajcie na bok. Zjechaliśmy i poleciłem uczestnikom wystawić na słońce mokre ręczniki oraz szykować się do suszenia namiotów, gdyż świeciło słońce. Gdy jednak podróżni czkający na odprawę w samochodach z austriacką i włoską rejestracją zaczęli nam robić zdjęcia, celnik przybiegł ponownie, już niemal siny z wściekłości, z krzykiem: natychmiast to likwidujcie i odjeżdżajcie, żeby za 5 minut nie było po was śladu. No to odjechaliśmy.

Naprawdę trudno w to uwierzyć, że tak przekraczało się granice „zaprzyjaźnionych” państw niewiele ponad 30 lat temu. A obecnie, nierzadko dopiero po przejechaniu kilkunastu kilometrów w ich głębi, orientujemy się, że jesteśmy już w innym kraju.

Cezary Rudziński
Zdjęcia autora

a