sobota, wrzesień 26, 2020
Follow Us
czwartek, 29 grudzień 2011 12:28

Rowerem na dach świata

Napisane przez Cezary Rudziński
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Już sam pomysł, aby wybrać się w podróż po Tybecie na rowerze uznałem za trochę zwariowany. W trakcie lektury książki Piotra Strzeżysza „Campa w sakwach, czyli rowerem na dach świata" okazało się, że były to dwie samotne wyprawy. I to w okresach niezbyt sprzyjających poznawaniu tego regionu świata. W lecie, a więc okresie pory deszczowej i w lutym, gdy szaleją wichury, a mrozy przekraczają 30 stopni.

A jednak autorowi książki wydanej przez „Bezdroża" w serii „Szlaki ludzi ciekawych" obie wyprawy udały się, chociaż nie bez niemiłych przygód. Część z nich była do uniknięcia, gdyby starczyło mu czasu, a może i chęci, aby się do podróży lepiej przygotować nie tylko pod względem sprzętu, ale również wiedzy o realiach kraju, do którego zamierza się pojechać.

Pomysł podróży rowerowej po Tybecie powstał wiosną, a jego realizacja w lecie 2006 roku. Czasu na solidne przygotowania do wyprawy i lektury było więc mało. Stąd może sporo zaskoczeń podróżnika i jego trudnych chwil na trasie.

Co prawda na końcu książki znajduje się 17 pozycji bibliograficznych, z których autor korzystał lub coś cytował, ale tylko kilka z nich dotyczy Tybetu. Przy czym jedna z nich to relacja z podróży po fragmencie tego regionu Azji w końcu... XIX wieku. Głównym źródłem wiedzy o kraju i trasie dla podróżnika był przewodnik rowerowy „Tibet Overland" Kyma McConnella - pominięty w bibliografii. I trzy mapy bardzo istotnie różniące się w szczegółach.

A przecież dostępnych jest przynajmniej kilka ciekawych przewodników i książek o Tybecie zarówno w języku polskim, jak i obcych. Czytając „Campę w sakwach czyli rowerem na Dach Świata" odnosiłem jednak wrażenie, że autora bardziej niż sam kraj interesowała podróż, pokonywanie rowerem trasy w trudnych terenowo i klimatycznie warunkach.

Owszem, może ciekawili go trochę ludzie, chociaż wielokrotnie wspominał o barierach językowych. Trochę też opisywał krajobrazy, gdy gdzieś zatrzymywał się na chwilę lub dłużej. Stwierdził jednak jednoznacznie, że w czasie jazdy nie myśli się o niczym poza drogą.

Podróżuję po świecie od paru dziesiątków lat starając się zobaczyć jak najwięcej. Tym trudniej było mi zrozumieć, jak będąc trzykrotnie w Pekinie, autor nie poświęcił chociażby odrobiny czasu na poznanie najważniejszych zabytków tego miasta. A wręcz zaszokował mnie fakt, że mając do dyspozycji w sumie ponad 2 tygodnie w stolicy Tybetu Lhasie, jeden z najsłynniejszych zabytków świata – Pałac Potala autor książki obejrzał tylko z zewnątrz. W jego relacji z podróży po Tybecie nie ma ani słowa o tym, że podróżnik tam był.

To trochę tak, jak gdyby bazylikę św. Piotra w Rzymie obejrzeć tylko z wylotu Via Conciliazione, a Wawel z drugiego brzegu Wisły. I to mając czas, aby poznać je dokładniej. W Lhasie autor wspomniał w paru słowach, że był w najważniejszym sanktuarium Tybetu – świątyni Jokhang. Ale już pominął szalenie ciekawy, ogromny bazar dla pątników i turystów na placu Barkhar. A także najcenniejszy i starszy od niej klasztor Remoche. Z innych zabytków ciekawie opisał dziewięciopoziomową świątynię (po tybetańsku mcz'od-rten) Kumlon w mieście Gyantse. Błędnie jednak podał, że to stupa, czyli charakterystyczna sakralna budowla buddyjska, w której z reguły znajdują się szczątki lub prochy któregoś ze „świętych mężów" lub zasłużonych mnichów. Zaś Kulon to świątynia z 72 kaplicami na kilku poziomach i tylko wieńczącą ten kompleks stupą.

Najlepsze partie książki Strzeżysza to opisy prób uzyskania zgody na podróż do Tybetu i to rowerem. Wszystko zaczęło się od zapewnień chińskich urzędników i biur podróży w kilku miastach na trasie, że zwiedzanie tego autonomicznego regionu przez cudzoziemca na rowerze i w ogóle w pojedynkę jest zabronione oraz podlega karze. Następnie autor uzyskał na to zgodę za równowartość kilkudziesięciu dolarów. Jakiekolwiek dokumenty poza paszportem i ważną chińską wizą, podczas nielicznych policyjnych czy wojskowych kontroli drogowych okazały się niepotrzebne.

Na to, że Strzeżysz jedzie rzekomo zabronionym rowerem (autor nie dał się nabrać na wykupienie „specjalnego" zezwolenia za sporą kwotę) uwagę zwracali tylko mieszkańcy miejscowości, przez które przejeżdżał.

Z dużym zainteresowaniem czytałem również o parokrotnych próbach kupienia w Pekinie biletów na dalszą drogę. Cudzoziemiec jest w tamtych rejonach zupełnie bezradny. Bez znajomości chińskiego może sobie nie poradzić. Autor książki miał jednak w tym i paru kolejnych przypadkach sporo szczęścia natrafiając na młodych ludzi uczących się angielskiego.

W Chinach generalna zasada jest taka, że ludzie pytani o cokolwiek na ulicy czy w innych miejscach w języku obcym, w ogóle na to nie reagują. Mijają pytającego jak powietrze. Autor pisze, że to z obawy przed tak ważną na Dalekim Wschodzie „utratą twarzy". Obejmuje ona również niezrozumienie kogoś, czy niemożliwość odpowiedzi na jego pytanie.

Znakomicie czyta się barwnie opisane podróże Strzeżysza pociągami na długich trasach na podstawie najtańszych biletów. Sceny z niektórych pociągów PKP w okresie przedświątecznym to w porównaniu z nimi idylla.

W relacji z podróży rowerem po Dachu Świata bardzo ciekawe są spotkania z ludźmi. Zarówno te niemiłe, jak dosyć nagminne domaganie się pieniędzy za nic, nie tylko przez dzieci i młodzież. Nawet przypadkowy tybetański rowerzysta, któremu polski podróżnik pomógł naprawić przebitą dętkę zażądał pieniędzy za to, że pozwolił sobie pomóc.

Równocześnie jednak przypadkowo poznawani ludzie udzielali podróżnikowi noclegu czy zapraszali do wspólnego posiłku i często obrażali się, gdy próbował za to płacić.

Startując z Lhasy autor „Campy" dotarł m.in. przez Shigatse, Lhatse i Baipe do Bazy pod Everestem. W ciągu ponad 2 miesięcy podróży był również w innych miejscowościach południowo–zachodniego Tybetu. Trasy, które przejechał mocno obciążonym rowerem przedstawione zostały na mapie na tylnej wewnętrznej, rozkładanej stronie okładki.

Jeździł w upale, deszczu i gradzie. Pokonał kilka przełęczy powyżej 5 tys. metrów. Sypiał w taniutkich hotelikach w wieloosobowych salach. Jadał też różnie, ale bardzo często tytułową campę – tybetańską potrawę narodową. To mąka jęczmienna ugniatana z herbatą lub wodą na ciasto, czasem z dodatkiem cukru lub mięsa.

Wspomniałem już, że jest to relacja z dwóch podróży do Tybetu w ciągu kilku miesięcy. W drodze powrotnej z Lhasy do Pekinu okazało się, że Strzeżysza nie wpuszczą do miasta z rowerem. Zostawił więc wehikuł przypadkowo poznanej chińskiej studentce, która podczas wakacji pracowała jako kelnerka w Lhasie. Odbiór tego roweru stał się, obok chęci sprawdzenia się na częściowo znanej już trasie w warunkach zimowych, pretekstem do drugiej wyprawy. Pomysł zgoła absurdalny, ale zrealizowany.

W sumie jest to ciekawa i nieźle napisana relacja z podróży. Jej mocną stroną jest też prawie 100 barwnych fotografii. Znalazłem w niej jednak trochę błędów. Na przykład najsłynniejsze tybetańskie miejsce pielgrzymkowe, świątynia Jokghang w Lhasie czasem nazywana jest fonetycznie Dżok'ang, co może prowadzić do nieporozumień, że chodzi o różne obiekty. Natomiast chińskie miasto Chongqing określane jest jako „dwudziestomilionowe", a nawet „ponad dwudziestomilionowa metropolia". Tymczasem w Chinach w ogóle nie ma jeszcze miasta o takiej liczbie mieszkańców. Najludniejszy Szanghaj liczy ich nie więcej niż 19 mln. A wspomniany Chogqing liczył ich w 1990 roku zaledwie 3 miliony. Jeżeli nawet od tamtego czasu przybyło mieszkańców, to i tak do 20 milionów jest jeszcze bardzo daleko.

Czy inni polscy turyści rowerowi zechcą pójść śladem autora - trudno przewidzieć. Podróż na własną rękę, i to na rowerze, po kraju tak niełatwym dla cudzoziemców jest bowiem bardzo trudna i skomplikowana. Z drugiej jednak strony Chiny, ich regiony oraz krainy (w tym Tybet) należą do najciekawszych i najbardziej fascynujących miejsc na naszym globie.

Piotr Strzeżysz, „Campa w sakwach czyli rowerem na dach świata. Relacja z podróży do Chin, Tybetu i Nepalu", seria: „Szlaki ludzi ciekawych", Kraków 2011, wydawnictwo Bezdroża, str. 277, cena 37 zł.

{jumi [*7]}

a