niedziela, wrzesień 25, 2022
Follow Us
niedziela, 26 czerwiec 2022 15:41

Bezdroża: Listy z Himalajów Reinholda Messnera Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(1 głos)
W tle Muzeum Messnera. Plan de Corones, 39030 Marebbe BZ, Włochy W tle Muzeum Messnera. Plan de Corones, 39030 Marebbe BZ, Włochy Photo by Mauro Grazzi on Unsplash

W Bezdrożach ukazał się polski przekład bardzo ważnej, mam nadzieję, że nie tylko moim zdaniem, książki Reinholda Messnera.

Urodzonego w 1944 r. w Tyrolu Południowym we Włoszech, włoskiego, niemieckojęzycznego, jednego z najwybitniejszych alpinistów i himalaistów, pierwszego człowieka, który zdobył Koronę Himalajów – wszystkie 14 ośmiotysięczniki oraz wziął udział w ponad stu wyprawach i ekspedycjach na całym świecie. Jest to wybór listów, ale także datowanych relacji z wypraw himalajskich oraz niezwykle cenne uwagi i opinie na temat historii oraz współczesnej sytuacji w himalaizmie.

Podtytuł tej książki może być trochę mylący, gdyż można go rozumieć jako listy tylko Messnera. W rzeczywistości jest w niej również korespondencja i relacje innych, wcześniejszych uczestników wypraw w te, najwyższe góry świata. Zaś w ostatnich dwu rozdziałach nie listy, lecz datowane zapisy, głównie autora. Te listy i pozostałe datowane teksty stanowią ogromny walor książki, gdyż są relacjami, chociaż niekiedy tylko cząstkowymi, pisanymi na żywo. I to od… XIII wieku. We wstępie autor wspomina bowiem nie tylko o swoich wspinaczkach wysokogórskich i przeżyciach w ich trakcie, ale cytuje również fragment relacji Marco Polo (1254-1334), weneckiego kupca i podróżnika, z jego podróży do Chin.

„Dzięki „Listom z Himalajów”, pisze autor we wspomnianym wstępie do książki, zamierzałem osiągnąć dwa cele. Chciałem opowiedzieć o moich wspinaczkach wysokogórskich na podstawie listów z ostatnich pięćdziesięciu lat oraz przedstawić autentyczne sprawozdania z krainy śniegu, na podstawie kluczowych listów z pierwszej ręki opowiadających o dwustuletniej himalajskiej tęsknocie. Przeniosłem się dzięki tym listom do świata moich wielkich poprzedników, by móc naśladować ich dokonania alpinistyczne. Poza tym miałem szczęście przeżyć więcej niż 50 ekspedycji himalajskich, Wyostrzyło się przy tym moje spojrzenie na proces przemiany, jaki zaszedł w himalaizmie. Dzięki tym listom przekazuję teraz tę historię dalej, by nie należała tylko do moich najbliższych”.

Treść książki podzielona jest na 5 rozdziałów: I. Czas pionierów. 1850-1924 i II. Czas bohaterów. 1931-1961, w których cytowane są listy i relacje wcześniejszych podróżników i badaczy tamtych regionów. III. Okres rozkwitu. 1970-1990 – niemal wyłącznie listy lub ich fragmenty autora do rodziny i przyjaciół. IV. Cisza radiowa. 2000-2005 i Wiek sieci. 2010-2020, relacje oraz ocena przemian jakie zaszły i zachodzą w himalaizmie XXI wieku. Przy czym autor podkreśla w innym miejscu, że „Podróże kiedyś i dzisiaj odbywają się w całkowicie różnych światach”.

Ten najdawniejszy w tamtych stronach możemy nieco poznać z listów i sprawozdań wysyłanych od 1855 roku głównie do słynnego niemieckiego uczonego Alexandra von Humboldta (1769-1859) przez Hermanna von Schlagintweita (1826-1882), organizatora i kierownika wyprawy badawczej do Indii z udziałem jego dwu braci podróżujących innymi trasami, finansowanej przez króla Prus oraz dofinansowywanej przez rząd brytyjski. Mnóstwo jest w tych listach i sprawozdaniach oraz prośbach o kolejne pieniądze na kontynuowanie badań ciekawych faktów. O tym, co udało się zbadać, zebrać do zbiorów geologicznych, botanicznych, geograficznych, zoologicznych i etnograficznych oraz związanych z tym kosztach.

A wyprawa ta w 1856 r. wysłała do Indian House 210 dużych skrzyń, a później jeszcze 109, z tymi zbiorami. Są też informacje o różnych problemach, m.in. o konieczności dawana „zwyczajowych podarunków” za zgodę na podróż nie tylko urzędnikom, ale również radżom – władcom księstw, z których składały się wówczas brytyjskie kolonie w Indiach. Są również listy innych podróżników, badaczy i wspinaczy, m.in. Alberta Fredericka Mummery’ego (1855-1895 † Nanga Parbat). i Aleistera Crovley’a (1875-1945). Również z wieloma ważnymi opisami i informacjami o poszczególnych górach i miejscach. Niestety przeważnie bez chociażby podstawowych informacji, kim byli, w jakich latach żyli, co osiągnęli lub gdzie w trakcie wypraw zginęli.

Jeżeli autor książki tego nie napisał, ograniczając się do opublikowania na jej końcu tylko wykazu źródeł, z których pochodzą cytaty i podziękowań właścicielom do nich praw „za uprzejme zezwolenie” na publikację, to szkoda, że o takie notki informacyjne nie pokusiło się wydawnictwo jej polskiego przekładu. Jeżeli ja kilkoma kliknięciami w komputerze ustaliłem to bez problemu i dodałem po nazwiskach lata życia autorów tych listów, to chyba wcześniej powinien był to zrobić wydawca lub tłumaczka. Takie informacje uzupełnione o podstawowe dane o działalności i osiągnięciach tych ludzi bardzo przecież ułatwiają lokalizację w czasie oraz zrozumienie opisywanych wydarzeń.

A zawartych w nich jest mnóstwo cennych informacji, faktów i ciekawostek. Także o nieudanych próbach wejścia na szczyty, konfliktach w zespołach, np. „Nawet z powodu kostki cukru najlepsi przyjaciele mogą skoczyć sobie do gardeł”. Są w tych listach, sprawozdaniach, relacjach czy poleceniach prawdziwe perełki. Za taką uważam zwłaszcza polecenie wspomnianego Aleistera Crovley’a, brytyjskiego okultysty, mistyka i alpinisty, uczestnika nieudanej wyprawy na Kaczendzongę w 1905 roku, co zrobić w przypadku jego śmierci. Zacytuję fragmenty: „.. ciało zabalsamować, ubrać w białą szatę TAU lub tunikę Abra-Melin w kolorze czerwonym i złotym oraz dołączyć szarfę, koronę i czarodziejską różdżkę. Oraz duży czerwony miecz. Pogrzebać ze mną wszystkie moje magiczne skarby… Sklepienie zamurować… zachować (w nim) wydania pergaminowe wszystkich moich dzieł w zamknięciu hermetycznym. Miejsce powinno zostać zapieczętowane jedynie przez George’a Cecila Jonesa i znane tylko jemu…”.

Mnóstwo ciekawych faktów zawierają obszerne relacje George’a L. Mallory’ego (1886-1924) z wyprawy na Mount Everest, w której zginął, nie wiadomo, czy po osiągnięciu szczytu. Z lat 1931-1961 warto zacytować fragment listu Willego Merkla (1900-1934 † Nanga Parbat) z bazy pod tym szczytem z 24 maja 1934 r.: „Na przejście z Bandipuru do bazy tymczasowej mieliśmy do dyspozycji ponad 570 kulisów i tylko 160 koni pomiędzy Das i Astore”. Listy samego R. Messnera zajmujące najwięcej miejsca w tej książce, zawierają mnóstwo informacji, szczegółów i ocen. M.in. porównania wrażeń z wypraw himalajskich z wcześniejszymi w Alpach, czy dżunglach południowego Pacyfiku i Ameryki Południowej. Ciekawostek, np. o śmierci przydzielonego wyprawie oficera armii nepalskiej, zamordowanego, co ustalono dopiero po 10 latach, przez mieszkańców za zgwałcenie kilku miejscowych kobiet.

Warte uwagi są różne opinie Messnera pisane w trakcie wspinaczek. Np. spod szczytu Makalu: „Droga liczy się bardziej, niż samo wejście na wierzchołek”. Czy: „Nie przybyłbym tu tylko ze względu na góry, jakie by one nie były wysokie i pociągające, tak samo interesują mnie ludność i jej kultura”. Trochę zaskakujące jest jego stwierdzenie zapisane w bazie pod Nanga Parbat w 1978 r., że „Patrząc z perspektywy czasu, można stwierdzić, że historii alpinizmu przebiegałaby zupełnie inaczej, gdyby Mummery (Albert Frederick, który zrezygnował z ataku końcowego na szczyt Nanga Parbat w 1895 roku) zdobył jeden z czternastu ośmiotysięczników”.

Są też opisy sytuacji trudnych, a nawet dramatycznych, w których bywał Messner. Ze zdobytego w 1982 r. szczytu Kaczendzonga schodził ciężko chory, z ogromnym bólem i sytuacji braku wówczas możliwości wezwania helikoptera aby przewieźć go do szpitala, ani sil, aby schodzić pieszo. Zacytuję: „Moja krew, to krew zmarłego, powiedział mi angielski lekarz po zbadaniu (później) próbki… Stwierdził ropień amebowy w wątrobie wielkości pięści”. Za szczególnie ciekawe uważam opinie tego słynnego wspinacza o zmianach, jakie zaszły w himalaizmie w ciągu lat. To ogromny temat, nie do streszczenia w recenzji. Trzeba o tym przeczytać!

Przy czym zmiany te zaszły i zachodzą nadal zarówno w technice, wyposażeniu, łączności, środkach transportu, a zwłaszcza organizacji wypraw, ale także stosunku miejscowej ludności, zwłaszcza Szerpów, do tłumów przybywających obecnie aby „zdobyć” Mount Everest oraz wiele innych ośmiotysięczników. Już w 1989 r. pisał on w Nemcze Bazar, głównej miejscowości na obszarze Khumbu: „…Często widać wrogie gesty, które pokazują, że jesteśmy w tym świętym świecie gór niepożądanymi intruzami… Wspinaczka i śmierć są tutaj na porządku dziennym, Nawet o bohaterskich dokonaniach rodaków opowiada się bez zwykłego upiększania: Szerpa Sungdsare na przykład wspiął się na Mount Everest piętnaście razy. Ale zmarł później, gdy po pijaku spadł z mostu”.

W 2013 roku, napisał w innym miejscu, dwaj himalaiści zostali pobici i omal nie zabici, otoczeni przez 80 Szerpów, bo chcieli wspinać się na Mount Everest samodzielnie, bez ich pomocy (i opłacenia). Bo oni roszczą sobie prawa do tej góry, Kilka stron dalej czytam informację, że w wyprawach na ten szczyt straciło życie już ponad stu Szerpów. Współczesna organizacja tam wypraw jest bardzo krytycznie oceniana przez tego wielkiego himalaistę. Czy można się dziwić, gdy nazywa je „pasożytniczym alpinizmem”, gdy na szczyt wprowadzani bądź wnoszeni są różni „rekordziści”; najmłodsi bądź najstarsi „himalaiści”. Nawet bez rąk, czy niewidomi itp. Byle bogaci!

„Organizatorzy wycieczek – zacytuję – objęli go (Mount Everest) w posiadanie i pozwalają wierzyć swoim klientom, że należy również do nich… Ani turyści, ani ich opiekunowie, którzy dbają o dobro, bezpieczeństwo i szansę wejścia swoich klientów, nie chcą widzieć na górze alpinistów… Organizatorzy wycieczek wykorzystują tylko mit minionych ekspedycji na Everest, aby rzucić obwiązaną linami górę na przynętę arogancji hochsztaplerów z całego świata… Niczego ani nikogo na świecie nie wykorzystuje się tak, jak Mount Everestu!”. I w jeszcze innym miejscu: „… stanie godzinami na grani szczytowej w korku należy do największych głupot, jakie można sobie wyobrazić”.

Aż się prosi to o porównanie, z zachowaniem proporcji, do sytuacji w szczycie sezonu z naszym Giewontem czy Orlą Percią! Autor widzi jednak szansę zmiany tej sytuacji. Rośnie bowiem, także dzięki środkom, jakie przynosi turystyka, wykształcenie Szerpów. Ci z Namcze Bazar nie chodzą już na Mount Everest, bo jest to zbyt niebezpieczne. Żyją z turystyki trekkingowej. A bez Szerpów nie będzie komu torować dróg na najwyższe szczyty, zabezpieczać ich, wnosić sprzętu, towarów i żywności oraz wprowadzać i sprowadzać komercyjnych „himalaistów”. „Taśmowego produkowania, jak pisze Messner, zamożnych „zdobywców Szczytu Ziemi”.

I dalej: „Dopiero gdy szeroka opinia publiczna zrozumie, że wejście na Everest w wersji „flash” nie przedstawia żadnej wartości i jest niczym więcej jak wydawaniem kupy pieniędzy, będzie mogła zrozumieć moje dwuznaczne postrzeganie szumu wokół Everestu”. Ja – dodam w tym miejscu – go rozumiem, chociaż nie byłem, ani nie wybierałem się na ten szczyt i inne niewiele niższe. Ale kocham góry, mimo iż nigdy nie miałem okazji przekroczyć wysokości 5 tys. m. n.p.m. Obojętne, czy było to w Himalajach, Andach, czy na Kaukazie. Wystarczały mi niższe szczyty, granie i przełęcze, zwłaszcza w ulubionych Tatrach, dostępne turystycznie. W książce Reinholda Messnera zaskoczył mnie natomiast, i to niemiło, praktycznie brak wzmianek o polskich, prawdziwych himalaistach i ich dokonaniach.

Oczywiście napisał i relacjonował przede wszystkim o swoich wyprawach oraz spotkaniach z innymi himalaistami. Ale wspomina również o innych: Austriakach, Niemcach, Anglikach, Włochach, nawet Japończykach, Chińczykach czy Pakistańczykach. O Polakach tylko raz, w bazie pod Lhotse, cytując, z imieniem i nazwiskiem, opinię Krzysztofa Wielickiego, którą usłyszał w mesie. Uzupełnioną przez Artura Hajzera. W innym miejscu, gdy z ekipą filmową leci nad Nanga Parbat, pisze, że oprócz dwu widocznych dróg, widzi również polską. I to już wszystko. A przecież polskie sukcesy w himalaizmie zaczęły się już w roku 1975, gdy Reinhold Messner miał w Himalajach „w dorobku” tylko pierwsze trzy z 14 ośmiotysięczników…

Nie zmienia to oczywiście mojej oceny tej książki jako bardzo ciekawej, zawierającej mnóstwo, także mało, lub wcześniej nieznanych informacji oraz faktów, a także wyrazistych opinii i ocen sytuacji we współczesnym himalaizmie, a szerzej również w turystyce. Dla niektórych czytelników mogących okazać się kontrowersyjnymi. Ale każdy, kto interesuje się tymi sprawami, powinien tę książkę przeczytać!
Cezary Rudziński

WĘDRUJĘ, ABY ŻYĆ. LISTY Z HIMALAJÓW. Autor: Reinhold Messner. Przekład z języka niemieckiego Sylwia Motyl. Bezdroża, wyd. I, Helion, Gliwice, str. 280, cena 54,90 zł. ISBN 978-83-283-7983-1

a