czwartek, maj 19, 2022
Follow Us
czwartek, 07 kwiecień 2022 11:48

Podróże kształcą, ale… (2) – od znaczków pocztowych do arcydzieł architektury i sztuki oraz cudów przyrody Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Wielki Budda z Leshan Wielki Budda z Leshan Cezary Rudziński

Kończąc pierwszą część tego artykułu i wspomnień o znaczeniu podróży w poznawaniu świata i wzbogacaniu wiedzy, napomknąłem o filatelistyce, która w moim przypadku odegrała ogromną role jako źródło przyszłych inspiracji.

Wspaniałe, rozwijające hobby, które, niestety poległo, zwłaszcza wśród młodzieży, w starciu z Internetem i portalami „społecznościowymi”. Ale wówczas, przed laty, stała się ona dla mnie i mojego pokolenia prawdziwym oknem na świat. Najpierw, podczas którejś z wizyt u taty w biurze zobaczyłem w koszu na śmieci wyrzucone koperty ze znaczkami.

Cały świat w jednym albumie

Po otrzymaniu zgody, zacząłem je zbierać, wycinać z kopert, „kąpać” tj. odklejać w wodzie, kolekcjonować i wymieniać z kolegami szkolnymi. Znając to moje zainteresowanie, jeden z przyjaciół taty podarował mi album do i ze znaczkami „Całego świata”, którymi przestał się interesować jego syn. Prezent ten wciągnął mnie do tego hobby na dziesięciolecia. I, nawiasem mówiąc, rozwinęło się ono u mnie na tyle dobrze, że zdobyłem później ponad 80 medali, głównie srebrnych i złotych, za własne zbiory i napisane książki o tematyce filatelistycznej, na wystawach światowych, międzynarodowych i krajowych.

Zostałem międzynarodowym sędzią i działaczem filatelistycznym itd., ale to już inny, obszerny temat. Wojna i okupacja, które wkrótce nastąpiły po szczęśliwym dzieciństwie, i przyniosły różnorodne ograniczenia w życiu oraz działalności, sprzyjały poznawaniu przeze mnie filatelistyki, a przez nią oglądanego na znaczkach świata, jego zabytków, historii, kultury, krajobrazów itp. Godzina policyjna, represje okupantów i wielokrotne realne zagrożenie życia, brak prasy (hitlerowskich gadzinówek w języku polskim u nas nie kupowało się, wystarczyły informacje z nielegalnie odbieranego przez tatę BBC) nie tylko ilustrowanej, skłaniał nastolatka do szukania innych zajęć obok nauki.

Podróże palcem po mapie

Śledzenia losów wojny: oznaczania szpilkami krawieckimi z kolorowymi, szklanymi łebkami, zmian na frontach Europy i północnej Afryki. No i lektury książek z dosyć bogatej biblioteki rodziców oraz bibliotek publicznych. Nazwy, we wspomnianym albumie do znaczków, egzotycznych krajów oraz wydrukowanych ich czarno-białych, przykładowych reprodukcji, a także już wklejonych przez poprzedniego właściciela oryginalnych, budziły moje szczególne zainteresowane. Argentyna, Boliwia, Egipt, Erytrea, Grecja, Indochiny, Palestyna i dziesiątki innych.

Gdzie to jest? Jak tam żyją i jacy ludzie? Co tam warto zobaczyć? Najpierw na znaczkach, później przeczytać i obejrzeć, co się dało w ojcowskiej encyklopedii Guteberga, książkach, na mapach. I wymyślanie najpierw wirtualnych podróży, na których prawdziwą realizację przyszło czekać niekiedy bardzo długo. Ale to i owo do zobaczenia oraz poznania było pod ręką, nawet w warunkach okupacyjnych. Piotrków, to przecież zabytkowe miasto z, wówczas, ponad 700-letnią, obecnie już 8-wiekową historią. Z zachowanym średniowiecznym układem Starego Miasta i resztkami, zburzonych w większości, gdy okazały się nieprzydatne i hamujące rozwój, murów obronnych z bramami.

Najpierw w rodzinnym mieście

A także z siedmioma starymi kościołami, nie licząc późniejszych, skromnym, ale jednak, królewskim zamkiem oraz zabytkowymi budynkami. W tym „moją”, popijarską szkołą zamienioną na początku okupacji w powszechną (tak nazywały się wówczas podstawowe), a zaraz po wojnie ponownie Państwowe Gimnazjum i Liceum im. Bolesława Chrobrego. W którym edukację rozpocząłem jeszcze na konspiracyjnych kompletach. Szybko, jeszcze w latach wojny, okazało się, że do kościołów można nie tylko chodzić, aby pomodlić się, ale także je zwiedzać, oglądać ich architekturę, obrazy, rzeźby, wyposażenie.

Czy poznawać świątynie także innych religii. Wybór na miejscu miałem spory. Od gotyckiej, ceglanej fary św. Jakuba – kościoła parafialnego moich przodków, bo ja i siostra, inaczej niż jeszcze tata, przypisani zostaliśmy do nowego. Drugiej wówczas parafii w mieście, dominikanów. Po nieco młodsze, przede wszystkim klasztorne lub poklasztorne. Bernardynów, pijarów, dominikanek. Ale również kościół protestancki, w którego surowym wnętrzu nie znalazłem jednak zbyt wiele dla mnie wówczas interesującego. Inaczej niż w cerkwi, stojącej przy pryncypialnej ulicy miasta, kilkadziesiąt metrów od naszego mieszkania.

Swoi i „obcy”

Piotrków był, chociaż głównie miastem katolickim, także wielonarodowym i wielo konfesyjnym. Od średniowiecza mieszkali w nim Ormianie i Żydzi. Ci drudzy mieli własną dzielnicę położoną we wschodniej części Starówki, zaraz za murem fary. Z wielką synagogą i paroma mniejszymi domami modlitwy. Ułatwiło to później Niemcom zorganizowanie w tej części miasta pierwszego getta w okupowanej Europie. Gdy w połowie października 1939 r. wróciliśmy do domu z 6-tygodniowej ucieczki na Wschód kraju przed niemieckimi bombardowaniami i ostrzałem z karabinów maszynowych samolotów oraz udało nam się wyrwać spod sowieckiej okupacji na Wołyniu, już ono istniało.

Przed wojną nie miałem okazji poznać tej dzielnicy, leżała poza tradycyjnymi trasami naszego chodzenia i spacerów. Ale jeden z żydowskich domów modlitwy, a może tylko miejsce szabasowych posiłków, znajdował się w parterowej przybudówce na podwórzu kamienicy, w której mieszkaliśmy. Zainteresowany, jako 7-8 latek, niezwykłym oświetleniem i nieznanym mi obrządkiem, schodziłem z 2 piętra, aby podglądać je przez okna. Dowiadując się przy okazji, że są jakieś inne obyczaje, niż nasze. Podobnie z prawosławnymi. W Piotrkowie jako mieście gubernialnym w zaborze rosyjskim, był garnizon wojskowy, mieszkało trochę carskich urzędników, kupców itp.

Cerkiewne pienia

W połowie XIX w wybudowano dla nich neo bizantyńską cerkiew konkatedralną. Było to drugie miejsce kultu w obrządku wschodnim, gdyż w XVIII w. pojawili się, i osiedli w mieście, greccy uchodźcy z Macedonii. Korzystali z sali modłów w jednym z domów. Już podczas okupacji, któregoś wieczoru zaciekawiły mnie, dobiegające z cerkwi, piękne śpiewy. Zajrzałem, było to akurat uroczyste nabożeństwo wielkanocne, i zostałem chyba na 2 godziny, tak mnie zainteresował inny sposób wyrażania wiary. Z zaskoczeniem zauważyłem w niezbyt gęstym tłumie wiernych kilku żołnierzy w mundurach „feldgrau”.

Paru z kolaboranckiej „armii” gen. Własowa, sformowanej z radzieckich jeńców wojennych. Ale także dwu oficerów niemieckich, którzy też chyba przyszli posłuchać tego śpiewu i obejrzeć nieznany im obrządek. W którym czynnie nie uczestniczyli, zachowywali się jednak bardzo kulturalnie. Te spotkania w rodzinnym mieście z judaizmem, protestantyzmem i prawosławiem, zapoczątkowały u mnie zainteresowanie innymi religiami i ich miejscami kultu. Podczas późniejszych podróży po Europie i świecie zacząłem je zwiedzać, fotografować, później także pisać o tych, które mnie szczególnie zainteresowały.

W świecie innych wiar

Poznałem w ten sposób już grube setki świątyń, od czcicieli ognia i innych religii: hinduizmu, buddyzmu, sikhizmu, taoizmu, konfucjanizmu, bahaizmu, inkaskich i kilku narodów prekolumbijskiej Ameryki, synagog oraz mnóstwo meczetów. Także byłych, zamienionych później w kościoły katolickie, z najpiękniejszymi w Kordobie i Sewilli na Półwyspie Pirenejskim. Lub odwrotnie, w meczety, z tak wspaniałymi, jak Hagia Sophia i Chrystusa na Chorze w Stambule na czele. Oczywiście „zaliczyłem” nie mniej świątyń chrześcijańskich. Katolickich, od wczesno romańskich, a także przebudowanych ze starszych, pogańskich antycznych.

Piękne przykłady tych ostatnich są chociażby na Sycylii. Po ciekawe architektonicznie nowoczesne. Z zaskakującymi niekiedy starymi kościołami protestanckimi, których nie tylko frontony, ale także ozdoby i wyposażenie wnętrz okazały się tak wspaniałe, że nie zniszczyli ich nawet burzyciele wizerunków nie uznawanych z zasady świętych katolickich, gdy przed paroma wiekami przejęli je wyznawcy nowego odłamu chrześcijaństwa. Za szczególne cenne przykłady uważam, a jest ich o wiele więcej, katedrę w Ulm i dwa gotyckie kościoły w Norymberdze, w Niemczech.

Na kilku kontynetach

Niezliczone są świątynie religii wschodnich, do których przyciągnęła mnie ciekawość świata w trakcie podróży, „które kształcą”. Od Paryża, przez wiele europejskich miast, m.in. Karlowe Wary w Czechach, oczywiście kraje nadbałtyckie łącznie z Finlandią oraz cały wschód naszego kontynentu. Od Białorusi i Ukrainy, przez bałkańskie: Serbię, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Albanię, Bułgarię, Grecję, Macedonię, Mołdawię, Rumunię. I Kaukaz oraz Zakaukazie, z dwoma najstarszymi chrześcijańskimi, jako państwowymi, kościołami ortodoksyjnymi: armeńskim i gruzińskim.

A zarazem ich wspaniałymi świątyniami wznoszonymi w wiekach, w których nas, Słowian, nie było jeszcze w Europie.. Ale również w Egipcie (kościół koptyjski), Tunezji, Izraelu i innych krajach Bliskiego Wschodu, że wspomnę o Syrii i Libanie oraz dalej na wschód. Religie i ich miejsca kultu, także klasztory, kaplice oraz zabytkowe cmentarze, to jeden z ważnych, chyba nie tylko w moim życiu, element poznawania świata. Jest ich i może być, o wiele więcej. Trzeba tylko rozglądać się dookoła, nierzadko nawet bardzo blisko. Niezliczone zamki, pałace, zabytkowe dwory i dworki, są także u nas, niemal na każdym kroku.

Zamki, pałace, dwory, chaty

Szczególnym bogactwem starej, cennej i ciekawej architektury, szczycą się Włochy, Francja, kraje iberyjskie, ale również Austria, Czechy, Litwa, Niemcy, Słowacja, że wspomnę tylko naszych sąsiadów. Chociaż również pod tym względem jest co odkrywać i poznawać na Ukrainie i Białorusi. A także w wielu innych krajach, oczywiście nie tylko europejskich. Oprócz sławnych zabytków, nierzadko wpisanych na Listę Dziedzictwa UNESCO, z których każdy ma przeważnie interesującą historię, także dzieła sztuki sakralnej i świeckiej, rzemiosła artystycznego, muzyki (organy) czy związane z nimi anegdoty, są tysiące innych miejsc i obiektów naprawdę wartych poznawania, gdy ma się okazję.

Chociażby wsie. Przykładowo podhalańskie, podlaskie, kaszubskie i w wielu innych regionach kraju. Z ich oryginalną architekturą, zdobnictwem ścian, drzwi i okien, ciekawymi obejściami i, oczywiście, miejscowymi zwyczajami, strojami, kuchnią. W innych, bliskich nam geograficznie krajach, dodam do tego uliczki w piwniczkami winnymi przy winnicach, chociażby w Austrii, Czechach, Słowacji czy na Węgrzech. O innych atrakcjach: starej, ale również nierzadko nowoczesnej architekturze miast i miasteczek, czy jaskiniach, wąwozach, górach można by pisać bardzo długo.

Warto rozglądać się dookoła

Podobnie jak o krajobrazach, parkach narodowych, które nie tylko warto zwiedzać, ale również poznawać ich florę, faunę, a nierzadko i związaną z nimi historię. Zachęcam do tego, przy czym naprawdę przy każdej okazji. Wystarczy rozejrzeć się, coś przeczytać, zapytać, a informacja turystyczna i kulturalna jest coraz lepsza zarówno w Polsce i na świecie, aby poznać coś nowego, wzbogacić swoją wiedzę, lepiej rozumieć świat i ludzi. Przy czym taką okazją nie muszą być specjalne wyjazdy turystyczne. Można wykorzystać wolne chwile podczas wizyt u rodziny i znajomych, wyjazdy służbowe.

Czy nawet w założeniu tylko wypoczynkowe. Na plaże nadbałtyckie, bułgarskie czy chorwackie, egipskie, greckie, tunezyjskie i wielu, także bardziej odległych i egzotycznych krajów. Z jedynym celem, jak się mawiało w mojej młodości: „lmb”, czyli „leżeć martwym bykiem”. Przeważnie nie da się tak wypoczywać bez przerwy. Trzeba i należy się ruszać. A wówczas warto zainteresować się nie tylko barem „al inclusive”, najbliższym bazarem czy sportem plażowym, ale także czymś ciekawym, nawet w najbliższej okolicy. Niekoniecznie od razu światowej lub krajowej rangi, ale też wartym poznania, rozszerzenia własnych horyzontów. Zapewniam: podróże naprawdę kształcą! Nawet tylko przy okazji.

Poznawanie świata wciąga!

Trzeba tylko to zrozumieć, tego chcieć, może po raz pierwszy nawet przemóc się! Dalej potoczy się to już samo! Poznawanie świata, ludzi i ich obyczajów, kultur, kuchni itd., nawet, gdy zaczyna się to od najbliższych okolic, naprawdę wciąga! Rozszerza horyzonty, zmusza do myślenia i porównań. Może leczyć z kompleksów, strachu przed obcym i nieznanym, a więc wydającym się nierzadko niebezpiecznym czy wrogim. Równocześnie uczy tolerancji, porozumiewania i „dogadywania się”, nawet tylko przy pomocy gestów, gdy trafia się na barierą językową, z innymi ludźmi. A to także wyzwala z przesądów i stereotypów, nie mówiąc już o haniebnej pogardzie dla innych. I przeważnie każdemu wychodzi na zdrowie.

O moich w tej dziedzinie doświadczeniach napiszę w dwu kolejnych odcinkach.

Tekst i zdjęcia © Cezary Rudziński
Zdjęcia autora i z jego archiwum.

www.globtroter.info

a