poniedziałek, lipiec 26, 2021
Follow Us
wtorek, 20 lipiec 2021 12:39

Bułgaria: Czarnomorskie Lato 2021: Od Albeny i Bałczyku do Neseberu i Sozopola Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(1 głos)
Na pierwsze dwie noce zakwaterowano nas w hotelu (jak już wspomniałem, wszystkie były 5* Na pierwsze dwie noce zakwaterowano nas w hotelu (jak już wspomniałem, wszystkie były 5* Cezary Rudziński

Z lotniska w Burgas, na które dolecieliśmy po 100 minutach podróży z Warszawy, po przejściu kontroli dokumentów antykowidowych, od razu pojechaliśmy 160 km na północ, do Albeny, aby od niej rozpocząć dziennikarską podróż studyjną na południe Bułgarii.

Zaczynamy w błękitnym raju

Na pierwsze dwie noce zakwaterowano nas w hotelu (jak już wspomniałem, wszystkie były 5*, chociaż różniące się trochę między sobą wyposażeniem, jakością i różnorodnością restauracyjnych kuchni, czy położenia przyhotelowych basenów oraz nadmorskich plaż) Maritim Blue Paradise. Jest on jednym z 30 w Albenie, której prywatyzacja, jako całości kurortu, a nie poszczególnych w nim obiektów, przedstawiana jest jako wzorowa w skali Bułgarii. Ale o niej, a także o samej Albenie i jej atrakcjach, podobnie jak i o innych, ciekawszych moim zdaniem, miejscowościach napiszę szczegółowiej wkrótce osobno.

W pierwszej chwili wydało mi się, że w tym ogromnym hotelu, podobnie jak 4 pozostałych, w których nocowaliśmy, jest dosyć pustawo. Dotarliśmy do niego jednak dopiero na kolację, którą goście mogą spożywać w ciągu aż 3 godzin. Podczas wieczornego spaceru nad morze trochę zaskoczony zostałem tym, że loggie lub balkony wszystkich pokoi są oświetlone. Równocześnie w pobliskich barach, sklepikach i punktach usługowych, zapewne wchodzących w skład tego kompleksu hotelowego, były pustki, a niektóre zamknięte. Nie było także tłumów na śniadaniu wydawanym również przez 3 godziny i następnej kolacji.

Atrakcje Bałczyku

Chociaż Krasimira Stoyanova, dyrektorka „Albena Tour PLC” zapewniała mnie, że aktualne „obłożenie” hotelu sięga 85% miejsc. Tyle, że jak się wkrótce okazało, dzięki jakiejś imprezie biznesowej, a nie gościom wypoczywającym tydzień lub dwa. Hotel ma także centrum balneologiczne, obsługuje turystykę kongresową i sportową. Maseczki obowiązują w nim nie tylko personel, ale w miejscach ogólnych w budynku także gości. Troskę o wysoki standard sanitarny widać na każdym kroku. Widelce i noże, a osobno łyżki i łyżeczki, zapakowane są w „zaspawane” plastikowe opakowania.

Dla nas hotel ten stał się punktem wypadowym do największych atrakcji w okolicy: Ogrodu Botanicznego i „Pałacu”, jak nazywana jest była rezydencja z dwiema willami w pięknym ogrodzie na nadmorskim zboczu, rumuńskiej królowej Marii w Bałczyku. W latach międzywojennych ten fragment Dobrudży należał do Rumunii. A w dawnej willi „Błękitna Strzała” księcia Mikołaja mieści się winiarnia Queens Vinery House z dobrymi winami z własnej winnicy oraz mocniejszymi rakijami, świetnymi w smaku zwłaszcza migdałową i figową, O nich, podobnie jak o bardzo ciekawym Studiu Ceramiki Mildov, które odwiedziliśmy poza programem, napiszę osobno.

Na farmie małży i polach golfowych

Wartym wspomnienia, nie tylko dla podniebienia, okazał się „programowy” obiad w restauracji na Farmie Małży w miejscowości Dyłboka, odległej od Bałczyku o 30 km. W specjalnych pomieszczeniach bezpośrednio przy brzegu, lub położonych nieco dalej od niego, hoduje się małże do restauracji oraz przerobu na konserwy. A w „farmowej”, położonej na wąskiej, długiej nadmorskiej półce skalnej, serwuje się nie tylko je, ale także inne owoce morza oraz potrawy i napoje. Po obiedzie mieliśmy możliwość zapoznania się z jedną z propozycji turystyki golfowej, na przykładzie ekskluzywnego ośrodka Thracian Cliffs (Trackie Klify), położonego malowniczo na wysokim brzegu morza i szczycącego się największym z kilku, 18 dołkowym polem.

Następny dzień zajęło nam zwiedzanie Warny – to, oczywiście też temat na osobną relację, z jej antycznymi zabytkami: ruinami Małych Łaźni i Dużych Term Rzymskich, fragmentów centrum oraz Świątyni św. Atanazego. Niestety w bułgarskich cerkwiach ortodoksyjnych obowiązuje absolutny zakaz fotografowania wnętrz. Clou programu dnia było zwiedzenie bogatego w zbiory i słynącego z najstarszego skarbu ze złota, Muzeum Archeologicznego. A nocleg w drugim hotelu na naszej trasie, Meliã Revards w Złotych Piaskach.

Skalny monastyr i mauzoleum Warneńczyka

Też ogromnym, wielopiętrowym i kilkuskrzydłowym, z basenem, ale i łatwym dostępem do plaży. Również dosyć dalekim od zapełnienia, co najlepiej widać na licznych leżankach z nieotwartymi parasolami. Z pięcioma (!), sądząc po karcie gościa, ich kategoriami oraz plastikowych opaskach, które zakładane są im po rejstracji na przeguby dłoni: Białą, Srebrną, Złotą i Platynową. Wymogi sanitarne są, podobnie jak w innych hotelach w których nocowaliśmy, bardzo wysokie. Z niego kolejnego dnia pojechaliśmy do słynnego średniowiecznego, zachowanego jednak tylko fragmentarycznie, skalnego monasteru Aładża.

W którym przed laty byłem kilka razy, ale wówczas nie było chyba przy
nim muzeum. Później zaś do jeszcze budowanego, ale już wartego obejrzenia, Parku Historycznego w odleglej od Warny o 33 km. wsi Neofit Rylski. Wolny czas wykorzystaliśmy na zwiedzenie, poza planem, już z naszej inicjatywy, pomnika – mauzoleum Władysława III Warneńczyka. Zaś naszym kolejnym trzecim „miejscem postoju” stał się Astor Garden Hotel w św. Konstantynie i Elenie, w czasach komunistycznych Drużbie. Wypoczywających w nim okazało się więcej, niż w poprzednich hotelach i miejscowościach, przybywało ich zresztą im jechaliśmy dalej na południe.

Rejs na wysepkę św. Anastazji

Ale do pełnego wykorzystania miejsc, mimo szczytu letniego sezonu, wszędzie było dosyć daleko. Zaś reżym sanitarny, pomimo obowiązywania podobnych wymogów, okazywał się mniej restrykcyjny. Gdy kelner zwrócił mi uwagę, gdy wchodziłem do restauracji bez maseczki i usłyszał, że mam europejski paszport covidowy, tylko skłonił głowę. Personel obowiązują one bezwzględnie. Kilkupiętrowe gmaszysko jeszcze z czasów minionych, ale zmodernizowane, oferuje, poza basenami, plażami i bliskim morzem, także inne rozrywki w rodzaju siłowni, bilardu itp. Także imprezy i miejsca zabaw dla dzieci.

Po sąsiedzku znajduje się Aquahouse Thermal&Beach dostępny dla gości hotelowych, ale mimo zaprosin, nie starczyło nam już czasu, aby go chociażby odwiedzić. Także na trochę bliższe poznanie Burgas, w którym byłem kilka razy przed laty. Kolejnego dnia mieliśmy dwie atrakcje. Najpierw wycieczkę statkiem z Burgas, na odległa o pół godziny rejsu, wysepkę św. Anastazji. W czasach komunistycznych niedostępną, bo w dawnym, niewielkim klasztorze mieściło się więzienie, ale obecnie stanowiącą sporą atrakcję turystyczną z małą cerkiewką, restauracją oraz widokami na morze i sąsiednie wyspy.

Spacer po rozżarzonych węglach i baśniowy Neseber

Po zakwaterowaniu w czwartym z kolei hotelu RIU Palace Sunny Beach w Słonecznym Brzegu natomiast wyjazd na wieczór folklorystyczny Gerana Village, w odległej o kilkanaście kilometrów wiosce o tej nazwie. Impreza, z kolacją i winem, okazała się masową. Przybyło na nią mnóstwo zagranicznych turystów, oprócz polskiego słychać było rosyjski, niemiecki, rumuński – w br. na urlopy do Bułgarii przyjeżdża sporo jej północnych sąsiadów - Rumunów i oczywiście bułgarski. Otrzymaliśmy stół najbliżej estrady, na której bułgarscy mistrzowie tańca prezentowali w skrócie, z komentarzami także w językach gości, ludowe tańce i obrzędy oraz różne okresy historii ziem bułgarskich.

Widowisko było tak żywiołowe i barwne, że nam, fotografującym, nie starczało czasu na spożywanie podawanych posiłków zanim do reszty nie ostygły. Drugą częścią wieczoru, w innym miejscu tego ośrodka, zbudowanego chyba z pomocą pieniędzy z Unii Europejskiej, było Święta Ognia. Z gośćmi na trybunie oraz płonącym ogniskiem, wokół którego tańczyły dziewczęta z płonącymi lampami, biegały dziwne stwory. A finałem był spacer po rozżarzonych węglach mężczyzny w średnim wieku, w stroju ludowym oraz na bosaka. Szósty w kolei dzień study tour spędziliśmy w bułgarskiej perełce, mieście Neseber (Nesebyr, z Listy Dziedzictwa UNESCO).

Zamek „Zakochanego w wietrze”

Także w nim byłem już w przeszłości, chyba kilkakrotnie, ale jest to miejsce, do którego chętnie się wraca. Wszystkie stare cerkwie są muzeami, jedyna czynna, p.w. Bogurodzicy, z zakazem fotografowania. A po południu wizyta w wytwórni win Dives, której pracownik oprowadzający po niej usiłował nas, od podstaw, poinformować jak się robi wino. Na szczęście dosyć krótko i z małą degustacją ich produkcji. Ciekawsza była informacja, że znajdujemy się na wzgórzu, z którego car Symeon Wielki (863-927) dowodził 20.8.917 r. zwycięską nad Bizancjum i jedną z najważniejszych w średniowieczu Bitwą pod Acheloe. A winnica znajdują się na jej miejscu.

Na dwie ostatnie już noce zjechaliśmy do hotelu Sol Nessebar Palace. Też ogromnego, z dosyć odległą, a przede wszystko położoną znacznie niżej plażą. I praktycznie pierwszymi wolnymi chwilami, dosłownie, które mogliśmy wykorzystać na kąpiel w Morzu Czarnym. Ostatniego pełnego dnia pobytu w Bułgarii, bo następnego już rano mieliśmy powrotny lot z Burgas do Warszawy, mogliśmy zobaczyć Zamek „Zakochanego w wietrze” w Rawadinowie, budowany od 26 lat przez prywatnego inwestora, za, co widać było na każdym kroku, gigantyczne pieniądze. Z nadal pustymi wnętrzami, bo nie wiadomo jeszcze, co ma się w nich znaleźć.

Antyczny Sozopol

Jak się o nim mówi, jedyny zamek w Bułgarii, chociaż równie dobrze można go określić jako szalony wytwór snu pijanego cukiernika. Ale budzącego zainteresowanie i przyciągającego zwiedzających, chociaż ceny biletów są słone. Po sąsiedzku powstaje, w podobnym stylu, Aquapark Neptun, będzie więc przyciągać dodatkowych zwiedzających. Ostatnim, przed kolacją pożegnalna, merytorycznym punktem programu study tour, była wizyta w antycznym, a ściślej ze starymi korzeniami, miasteczku Sozopol. To również temat na osobną relację, którą zapowiadam. Podsumowanie na żywo całego wjazdu, jest trudne, bo jego program był, co już podkreśliłem bogaty i ciekawy, jest trudne.

Organizacja i opieka nad gośćmi na 5+. Zobaczyliśmy bardzo dużo, mogąc na podstawie własnych doświadczeń zachęcać rodaków udających się do Bułgarii na wypoczynek na plażach, aby ruszali się z nich, chociażby w najbliższe okolice, bo jest tam mnóstwo atrakcji. Baza turystyczna, wyżywienie, transport, stosunek do gości, chociaż Bułgarów pamiętam jako zawsze im życzliwych, są naprawdę nieporównywalne z tym, co zapamiętałem sprzed lat. To zupełnie inna epoka, inny świat. Ceny atrakcyjne i, na ile mogłem się zorientować w tak krótkim czasie, konkurencyjne w stosunku do polskich nadmorskich.

Jak znaleźć mankamenty?

A słoneczna pogoda i ciepłe morze zagwarantowane co najmniej do końca września. Przy czym nawet w szczycie tegorocznego sezonu jest sporo wolnych miejsc. Z dziennikarskiego obowiązku starałem się znaleźć jakieś mankamenty, ale z niewielkim powodzeniem. Słaba jest w Bułgarii informacja turystyczna. Są, nawet ładne jej placówki, ale w Warnie w niedzielę, gdy ruch jest największy, była zamknięta. W Burgas bezpłatne były tylko jednokartkowe plany miasta. Wszystkie pozostałe, nawet najprostsze foldery, rozdawane chyba na całym świecie za darmo, były płatne. Podobnie w muzeach i obiektach historycznych. Przy czym wydane po bułgarsku, rzadziej po angielsku.

W kilku obiektach zapewniono nam je, ale na zasadzie wyjątku. A inne mankamenty? Trudno za poważniejsze uznać brak, w jednym z 5* hoteli, rannych pantofli dla gości, czy konieczność w innym wypożyczania płaszczy kąpielowych, bo nie ma ich w pokojowej szafie. Jedynym niewielkim „zgrzytem” było zachowanie, chyba szefa kelnerów, w jednym z hoteli, który kazał nam się wynosić od restauracyjnego stołu na świeżym powietrzu, albo pójść zapłacić za kolację do recepcji.

Mimo iż widział plastykowe „bransoletki” gości na naszych nadgarstkach, a ja tłumaczyłem mu, że jesteśmy zagranicznymi dziennikarzami, zaproszonymi przez bułgarskie Ministerstwo Turystyki i mamy wszystko opłacone. Ale po telefonie Ivy, naszej opiekunki, której akurat w tym momencie nie było z nami, uspokoił się. Wspominałem o „trzymaniu” przez hotele i restauracje wysokiego poziomu higieny i bezpieczeństwa antykowidowego. Pokoje np. były nie tylko sprzątane, ale i dezynfekowane po poprzednich gościach, o czym świadczyły naklejki na drzwiach, których nie można było otworzyć bez ich rozerwania.

Troska o bezpieczeństwo gości

Dotyczy to także bezpieczeństwa antyterrorystycznego. Ostry reżym panuje na lotniskach. Po przylocie musieliśmy wykazać się dokumentami potwierdzającymi, że nie stanowimy zagrożenia epidemiologicznego. Odlot był mniej przyjemny, chociaż w wielu hotelach daleko do kompletów, a więc i pasażerów samolotów. Najpierw, oczywiście w maseczkach, gigantyczna kolejka, bo otwarte okazały się tylko jedne drzwi do hali odlotów, a pozostałe prowadzące do konkretnych stanowisk linii lotniczych zamknięte. A w krótkich odstępach czasu odlatywało kilka samolotów do Polski, Czech, Rosji.

Później, dosyć sprawnie obsługiwane, kolejki do poszczególnych stanowisk odpraw.

Następnie znowu gigantyczna do jednej bramki obsługiwanej tylko przez dwie osoby, aby wejść do sali kontroli bezpieczeństwa i bagażu. Z losowym wybieraniem pasażerów do dodatkowej kontroli antyterrorystycznej. Trafiło na mnie i jedną z koleżanek. Trwało to, co prawda, tylko kilka sekund: sprawdzenie rąk, ubrania i otworów kieszeni na obecność środków wybuchowych, ale oznaczało konieczność stanięcia w innej kolejce. Bardzo szczegółowe są także kontrole bagaży wnoszonych na pokład samolotu.

Dobre doszli!

To, oczywiście, nie może budzić zastrzeżeń, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze. Niestety, port lotniczy w Burgas nie jest dostosowany do tak dużego ruchu, nawet ograniczonego jak obecnie. Zwłaszcza odpraw pasażerów odlatujących w krótkich odstępach. Pomieszczenia na oczekiwanie przed konkretnymi bramkami na wejście do samolotów są małe, z niewielką liczbą miejsc siedzących, przy czym co drugie jest oznaczone „nie siadaj” ze względu na pandemię. Pasażerowie tłoczą się więc na stojąco, czekając na podjechanie lotniskowych autobusów, bo rękawów do samolotów tu nie ma.

A później czekać dosyć długo, tak jak my pod nimi, aż służby lotniskowe sprawdzą bezpieczeństwo samolotów. Są to dosyć drobne mankamenty, o których warto jednak wiedzieć wcześniej, Bo sam lot, zaledwie 100 – 105 minut z Warszawy do Burgas czy Warny, to już drobiazg. Bułgaria jest dosyć popularna, jako miejsce letniego, nadmorskiego wypoczynku Polaków. Zasłużenie, ale dodatkowo ją polecam. Będą to sensownie, w konkurencyjnych cenach, wydane pieniądze. A dobry wypoczynek na miejscu jest zagwarantowany. I powitanie: Dobre doszli ! (Witamy serdecznie). Warto też zobaczyć coś w okolicy kurortu, do którego wybierzemy się. Co szczególnie, o tym wkrótce napiszę na naszych łamach.

Więcej w tej kategorii: « Michelin: Bilbao i San Sebastian

a