poniedziałek, kwiecień 12, 2021
Follow Us
czwartek, 25 luty 2021 07:13

Podróże Globtrotera: w zimowym, pandemicznym Gdańsku Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Zanurzanie się w przeręblach, kąpiele w lodowatej wodzie morskiej, czy w jeziorach lub rzekach, stało się ostatnio popularne Zanurzanie się w przeręblach, kąpiele w lodowatej wodzie morskiej, czy w jeziorach lub rzekach, stało się ostatnio popularne Fot. Cezary Rudziński

Na pierwszy w 2021 roku studyjny wyjazd dziennikarzy, członków SD-P „Globtroter”, po długiej przerwie spowodowanej panującą pandemią koronawirusa Covid-19, pojechaliśmy do Gdańska na zaproszenie właścicieli tamtejszego hotelu „Amber”.

W przygotowaniu programu pobytu i poznawania gdańskich atrakcji pomogła nam Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna. Zimowy Gdańsk w okresie pełnej ograniczeń zarazy, chociaż znany lepiej lub gorzej uczestnikom tej study tour z poprzednich w nim pobytów, okazał się bardzo udany, szalenie interesujący i pełen wrażeń. O najciekawszych zabytkach i miejscach, które zwiedziliśmy, napiszę, jak zwykle, wkrótce osobno. Na początek zaś ograniczę się do wstępnej relacji z tej czterodniowej podróży.

Amber znaczy bursztyn

Zapraszający nas hotel „Amber”, co jest jedną z trzech, obok jantaru, najpopularniejszych nazw bursztynu, okazał się lepszym, niż wynikałoby z trzech gwiazdek, jakie posiada. Co prawda znakomite opinie o nim gości, jakie przed wyjazdem przeczytałem na jego stronach w Internecie, zapowiadały, że na te „3*” zasługuje z nawiązką, ale zawsze do nich podchodzę z pewną rezerwą. Bo o ile właściciele hoteli chętnie cytują opinie pozytywne, to już krytyczne chętnie pomijają lub marginalizują. W tym przypadku oceny: „bardzo dobry”, jakie wystawiło mu 89% spośród 4995 oceniających, potwierdziły się także w naszej ocenie.

 

Przy czym były one zbliżone w poszczególnych kategoriach, w jakich wypowiadali się goście. Najwyżej, (92,5%) oceniających na „bdb”, przyznali za obsługę. 90,8% za śniadania. I 90,5% za restaurację. Hotel „Amber” znajduje się trochę na uboczu od głównych szlaków turystycznych Gdańska. Jest trzypiętrowy, stoi na Wzgórzu Cygańskim w odległości 2 km od jednego z najważniejszych tutejszych zabytków – Złotej Bramy, czyli Głównego Miasta, jak nazywana jest gdańska Starówka. I w podobnej odległości od kolejowego Dworca Głównego. Ale w pobliżu hotelu są przystanki autobusowe.

Nowoczesny i zadbany

Wybudowany zaledwie kilka lat temu, jest nowy, nowoczesny i zadbany. Gościom oferuje 46 pokoi od jedno do trzyosobowych, 11 typów, plus studio deluxe. Dosyć dużych, nie tylko w porównaniu z klitkami w niektórych nowych obiektach noclegowych. Zapewniających gościom zarówno wygodne miejsce do spania, jak i pracy. W wyposażeniu pokojów są biurka, dobre, wielopunktowe oświetlenie z lampą stojącą, bardzo przydatną w przypadku czytania. Nowoczesne łazienki, bezpłatne Wi-Fi i parking oraz tak potrzebne „drobiazgi” jak elektryczne czajniczki z zestawami herbat i kawy, suszarki do włosów itp.

O satelitarnej TV, lodówkach, stacjonarnych telefonach, minibarze, a w niektórych pokojach również sejfach, już nie wspominam. Spora restauracja, z systemem dzielenia jej na mniejsze salki, sprawdza się nie tylko w okresie pandemii. Przy czym wymogi sanitarno – epidemiologiczne przestrzegane są na każdym kroku. Zarówno personel, jak i gości obowiązuje chodzenie w maseczkach. Palenie papierosów, poza wydzielonym do tego pomieszczeniem, jest zabronione i w przypadku pokoi grozi karą 500 zł … dziennie. Śniadania zamawia się poprzedniego dnia na specjalnym blankiecie i są one podawane do pokoi.

Świetna kuchnia

W strefie relaksu (SPA) do dyspozycji gości jest sauna fińska, wanna SPA i natryski z biczami wodnymi. Dodatkowo płatne są masaże relaksacyjne i lecznicze. Oczywiście wszystko w okresie pandemii dostępne jest zgodnie z aktualnymi przepisami. Restauracja serwuje, w sporym wyborze, bardzo smaczne dania. Nawet przebywając tu przez dwa tygodnie, a może i dłużej, można tak wybierać dania główne, że mogą się one nie powtarzać. Hotel „Amber” ma już swoją, chociaż niezbyt długą, historię oraz aktualne problemy wynikające z sytuacji pandemicznej.

Historia hotelu, a ściślej usług noclegowych, które oferowali i oferują w Gdańsku jego właściciele, dwaj bracia, a rozmawialiśmy o niej z Maciejem Macurem, dyrektorem hotelu, sięga połowy lat 80-tych XX w. – Zaczynałem, mówił gościom – dziennikarzom, od wynajmowania w 1998 r. głównie grupom niemieckim, lub turystom, kilku pokoi w mieście. Kolejnych klientów „napędziła” nam publikacja w Lonely Planet. Pomagała także współpraca z dużym miejscowym hotelem „Orbisu”, który do tych pokoi, w braku miejsca we własnych, kierował również turystów niemieckich. A ci, zadowoleni z obsługi i cen, polecali je swoim znajomym.

Aby utrzymać, trzeba obecnie dopłacać

Później zdecydowali się na zbudowanie metodą gospodarczą pensjonatu, a formalnie „domu jednorodzinnego” z 20 pokojami do wynajmowania. Wymogi władz były spore, bo musieli również wybudować w pobliżu ogólnie dostępny parking na 50 miejsc, niezależnie od hotelowego. No i drogę dojazdową. Hotel powstawał etapami, z, już spłaconym, kredytem, ale i fizyczną pracą własną. Okres zamknięcia oraz ograniczeń w przyjmowaniu gości w związku z pandemią, to oczywiście straty, chociaż w 2019 r. „Amber” okazał się najbardziej „obłożonym” hotelem w Gdańsku: średniorocznie w 87%.

Finansowo najdotkliwiej daje się obecnie we znaki brak imprez: konferencji, wesel, szkoleń itp., bo bywały bardzo liczne, np. wesela na 200 osób. Hotel posiada 5 sal konferencyjnych od 15 do 40-osobowych. I chociaż sytuacja, w ocenie właścicieli, nie jest zła, bo bywają, nawet obecnie, zajęte wszystkie pokoje, przy czym, 50% rezerwacji pochodzi z bookingu, to aby utrzymać hotel, aktualnie trzeba do niego dopłacać do 100 tys. zł miesięcznie. I mieć nadzieję, że sytuacja poprawi się na tyle, że zacznie on znowu na czysto zarabiać. Ceny noclegów zmieniają się w nim zresztą w zależności od popytu oraz kalendarza. W lecie, a zwłaszcza w dniach Jarmarku Dominikańskiego, bywają najwyższe, spadają, nawet znacznie, gdy nie ma gości. Zwłaszcza zagranicznych.

Zabytki w zimowej szacie

Bardzo udanym punktem programu było przedpołudniowe, w sobotę przy słonecznej pogodzie i temperaturze około zera, zwiedzanie gdańskiej Starówki – Głównego Miasta, z przewodnikami. Bardzo dobrymi, znającymi nie tylko zabytki i ciekawe miejsca w tej, najważniejszej turystycznie, części miasta, ale również mnóstwo ciekawostek i anegdot na ich temat. Dwójki, gdyż podczas pandemii jeden przewodnik może oprowadzać tylko 5 osób, a nas było 9. Każdy z nas był już, przeważnie kilka lub więcej razy, w Gdańsku, ja bywałem tu wielokrotnie od końca lat 40-tych, ale oglądać te miejsca i wspaniałe zabytki można przy każdym pobycie, zawsze dostrzegając, lub dowiadując się o nich czegoś nowego.

Na głównej trasie turystycznej od Bramy Wyżynnej przez ul. Długą do Złotej Bramy i dalej do Motławy na Wyspę Spichrzów, a także na uliczkach Głównego Miasta, zwiedzających było mnóstwo. Nie takie tłumy, jak w letnim szczycie sezonu, ale nadspodziewanie wielu. Tylko nieliczni bez maseczek, ogromna większość stosujących się do przepisów i zakazów epidemicznych. Bo na tej trasie znajdują się niezliczone zabytki i warte poznania obiekty, a większość starych kamieniczek, odbudowanych po wojennych zniszczeniach, aż się prosi o dokładniejsze poznanie. W czym przewodnicy starali się nam z sukcesami pomagać.

Świątynie i muzea

Ograniczony do niewiele ponad 2 godziny czas zwiedzania zmusił nas do oglądania tego, co warto, tylko z zewnątrz. Ze zwracaniem uwagi na detale architektury i zdobnictwa, ale bez wchodzenia, z jednym wyjątkiem poczty, do wnętrz czy na podwórka. Nie byłem w Gdańsku już kilka lat, ze szczególnym zainteresowaniem oglądałem m.in. nowe, ale nawiązujące kształtami do zabytkowych, budynki nad Motławą. Na początki zwiedzania poznaliśmy gmach Muzeum Szekspirowskiego. Jednym z celów zwiedzania stała się też największa ceglana budowla na świecie – Bazylika Mariacka oraz jej wnętrza. Ale jej poświęcę osobną relację.

Podobnie jak kościołowi św. Brygidy, do którego dotarliśmy już samodzielnie wieczorem, trafiając na wspaniale, chociaż krótko – starczyło jednak czasu na zrobienie niezłych zdjęć – oświetlony, słynny bursztynowy ołtarz główny. Pięknie również, w nocnym oświetleniu, prezentował się, sąsiadujący z nim, gotycki kościół św. Katarzyny i inne zabytki. W programie pobytu we Gdańsku znalazły się też trzy muzea. Ze zwiedzenia Muzeum Bursztynu w dawnej Wieży Więziennej, w którym dobiega właśnie kresu jego lokalizacja przed przeniesieniem go wiosną do Wielkiego Młyna, musieliśmy, niestety zrezygnować.

Morsowanie w Zatoce Gdańskiej

Mimo uzgodnionej godziny zwiedzania, zainteresowanie innych pragnących je zobaczyć i stojących w dosyć długiej kolejce było tak duże, że nie zdecydowaliśmy się na wejście przed nimi. Zresztą chyba wszyscy z nas byli już w nim, niektórzy po kilka razy podczas poprzednich pobytów w mieście nad Motławą. Ale zobaczyliśmy, przeważnie po raz pierwszy, dwa stosunkowo nowe muzea: Europejskie Centrum Solidarności oraz II Wojny Światowej. Ale to także obiekty na osobne z nich relacje.

Zanurzanie się w przeręblach, kąpiele w lodowatej wodzie morskiej, czy w jeziorach lub rzekach, stało się ostatnio popularne. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo. Co innego spacery po zimowych plażach, zwłaszcza w piękne, słoneczne dni. Na popularnej gdańskiej plaży w Brzeźnie, gdy dojechaliśmy na nią w niedzielne przedpołudnie, parking był już nieźle wypełniony, a z każdą chwilą podjeżdżały kolejne samochody. Spacerowiczów, w tym rodzin z dziećmi w wieku od niemal zera do nastolatków, setki. Ale nie one przyciągały uwagę, lecz „morsowicze”.

W zimnej wodzie na chwilę lub dłużej

Rozbierających się do kąpieli, ale zachowujących na głowach włóczkowe lub cieplejsze nakrycia głowy, mnóstwo. Temperatura wody przy brzegu Zatoki Gdańskiej – sprawdziliśmy – wynosiła 1,4ºC. Jedni tylko chodzili po wodzie, aby następnie zanurzyć się na chwilę do pasa, lub nawet do szyi i szybko wrócić na brzeg, szybko się wytrzeć i „wskoczyć” w ciepłe ubranie. Ale nie brakowało również zanurzających się na dłużej, pływających, lub w, nawet większych grupach, ćwiczących w lodowatej wodzie. W tej niezwykłej atmosferze odbyły się, uwaga!

Mistrzostwa Stowarzyszenia Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter”. Była to inicjatywa Madzi Pinkwart, która podobnie jak jej mąż Sergiusz, również członek Stowarzyszenia, „morsują” od dawna i postanowiła zarazić tą pasją innych. Nie wszyscy zdecydowali się na to, próby zmierzenia się z lodowatą wodą trwały dobrą chwilę, ale skończyły się udziałem odważnych w Mistrzostwach w Morsowaniu. Do nagród kwalifikowano tylko nowicjuszy, gdyż tacy weterani jak Madzia i Sergiusz nie pozostawiliby innym żadnych szans.

Laureaci pierwszych mistrzostw

Sergiusz ze Sławkiem Bawarskim – prezesem SD-P „Globtroter” sędziowali w tych Mistrzostwach, biorąc pod uwagę styl „morsujących”, ich zanurzenia oraz długość przebywania w wodzie. I miejsce zajęła Patrycja Waszkiewicz, zdobywając, jako nagrodę, deskę ratowniczą, taką samą, jaką posługiwali się bohaterowie popularnego swego czasu serialu telewizyjnego „Słoneczny Patrol” i dużą butlę wina musującego. II miejsce – Robert Sienczewski, a III miejsce – Krzysztof Stankiewicz. Obaj, oprócz dyplomów, otrzymali również w nagrodę normalnej wielkości butelki wina musującego.

Zabawy było co niemiara, a uczestnicy pierwszego w br. studyjnego wyjazdu dziennikarskiego „Globtrotera” stwierdzili, że „morsowanie” było prawdziwym „hitem” tego study tour i na długo pozostanie w pamięci. Chociaż wysoko ocenili również zarówno hotel „Amber”, który nas zaprosił, i jego kuchnię, jak i wspaniałe zabytki Gdańska oglądane w zimowej aurze oraz muzea i świątynie, w których byliśmy. Oby ten wyjazd okazał się dobrym początkiem w tegorocznym programie działalności Stowarzyszenia, bo zakazów i ograniczeń w poruszaniu się, a zwłaszcza podróżowaniu, wymuszanych przez pandemię, wszyscy mamy już serdecznie dosyć!

a