sobota, maj 30, 2020
Follow Us
piątek, 28 luty 2020 12:59

Goście Globtrotera: Afryka Środkowa Wyróżniony

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(1 głos)
Jezioro Wiktorii Jezioro Wiktorii By Simisa (dyskusja · edycje) - Praca własna Simisa (dyskusja · edycje), CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=8164232

Multimedialna relacja z podróży po trzech krajach Afryki Środkowej: Kongo, Ruandzie i Ugandzie, była tematem lutowego spotkanie z tego cyklu w Stowarzyszeniu Dziennikarzy – Podróżników „Globtroter”. Odbyła ją w ub. roku grupa 12 jego członkiń i członków, z kilkoma innymi uczestnikami. Część z nich przyszła na to spotkanie.

Prezentację prowadził prezes Sławek Bawarski, pomagał mu, jak zwykle dynamicznie i ciekawie, Paweł Brun, zaś dziesiątki zdjęć z tej podróży wyświetlała, też je komentując, dwójka uczestników tej wyprawy, Jolanta Kunikowska i Dariusz Pawlak. Paweł opowiadał o spotkaniu z gorylami w ich rezerwacie, nie kryjąc krytyki pod adresem jego organizatorów. Nie dosyć, że taka przyjemność kosztowała dodatkowo po 600 $ od osoby, to jeszcze grupę przewodnicy poprowadzili trasą, na której trzeba było 6 – krotnie w każdą stronę przekraczać rzekę teoretycznie po kamieniach, ale w praktyce niekiedy nawet po szyję w wodzie.

Chociaż, jak się później okazało, do rezerwatu była też ścieżka asfaltowa, o której jakoś przewodnicy nie pomyśleli. Goryli w tym rezerwacie było w mnóstwo, można się było do nich zbliżać nawet do 5 i mniej metrów, a ich zdjęcia należały do najciekawszych z prezentowanych z tej podróży. Świetne były również ujęcia innych dzikich zwierząt i ptaków. Zwłaszcza wyjątkowo licznych hipopotamów, ale także nosorożców, bawołów afrykańskich czy żyraf. Nie mówiąc już o tak banalnych, jak lwy, słonie, krokodyle, guźce, czyli dzikie świnie afrykańskie i wielu gatunkach antylop.

Ciekawa była też relacja Pawła z jego wyprawy na szczyt jednego z czynnych wulkanów. Za dodatkową opłatą 300 !!! dolarów. Wulkan ma wysokość 3,5 tys. m n.p.m. i otwarty, buchający żarem krater. Podejście do niego jest początkowo stosunkowo łagodne, ale na turystów czekają na górze niekiedy „atrakcje” w postaci autentycznych bandytów z „kałachami” rabujących podróżnych. Dosyć ostre było dopiero końcowe podejście, a tam czarnoskóry tubylec, „za żadne pieniądze”, jak mówił Paweł, mimo nędzy, nie wniesie i nie zniesie białego turysty.

 

Gdy to opowiadał, przypomniały mi się słynne tarasy ryżowe w Chinach uprawiane od 800 lat. Na które słabsze i starsze turystki, czy, rzadziej, turystów, tubylcy chętnie wnosili na najwyższy poziom w lektykach za kilka dolarów. I wyprawa do jednego ze słynnych klasztorów – sanktuariów w Birmie (Mjanmie), ze złotą stupą zbudowaną na ogromnym głazie zawieszonym nad przepaścią na wysokości 1200 m n.p.m., z dosyć ostrym podejściem. Tam tragarze oferowali wniesienie za 20 $ od osoby, a gdy nie było chętnych, bo co to za atrakcja być wnoszonym.

Skorzystał z tego tylko nasz miejscowy przewodnik, bo „czuł się źle”. A gdy po kilkudziesięciu metrach towarzyszenia turystom drodze pod górę nie było chętnych na ich usługę, to cenę obniżali, również w naszym przypadku bezskutecznie, do 10 dolarów. Wyprawa do krateru wulkanu, o której opowiadał Paweł, była z noclegiem w dosyć prymitywnej „bazie” pod szczytem, w, jak to określił, plastykowych chatkach, na materacach, w których nocujący trzęśli się z zimna. Wyprawa ta okazała się niewypałem, gdyż widoczność, przy fatalnej pogodzie, była niewielka. 

Zaś wysiłek, nie mówiąc już cenie tej atrakcji i stracie czasu, nie został wynagrodzony. Republika Kongo, zdaniem uczestników tego wyjazdu, to upadły kraj, w którym, co zresztą radził im przewodnik, syn burmistrza, najbardziej należy wystrzegać się… policji i wojska, groźniejszych niż bandyci. Większość zdjęć, poza przyrodniczymi, pokazywanych na ekranie i komentowanych głownie przez Sławka, przedstawiała nędzę, prymitywne chaty i targowiska.

Ciekawe było, oczywiście, Jezioro Wiktorii oraz fragmenty podróży łodziami po rzekach, rezerwat nosorożców, czy tak zwany „polski kościół na trasie. Zbudowany w klatach 40-tych XX wieku przez Polaków, byłych zesłańców syberyjskich, ewakuowanych z sowieckich gułagów i miejsc przymusowego osiedlenia z armią Andersa do Persji (Iranu), a stamtąd dzieci, kobiety i starcy do ówczesnych kolonii brytyjskich w Afryce. Wielu z nich pozostało tam na zawsze, w grobach z polskimi napisami na przykościelnym cmentarzu. Poza dzikimi zwierzętami, fotografowanymi zarówno z otwartych samochodów, jak i bezpośrednio z niedalekiej odległości od nich, ciekawe były zdjęcia wodospadów, z momentu przekraczania równika, czy wydobywania soli ze słonych źródeł. 

Tonęły one jednak w masie widoków wiosek i miasteczek, niewyróżniających się niczym, poza czarnym kolorem skóry, tubylców i wszechobecną nędzą, prymitywizmem życia i zaniedbaniami. Chociaż robione w Kongo zdecydowanie różniły się na niekorzyść od tych z pozostałych dwu krajów. Oglądając je – to już refleksja osobista – utwierdziłem się w słuszności decyzji, że nie pojechałem na tę wyprawę nie tylko ze względu na jej koszty. I na pewno tam nie pojadę. Interesują mnie bowiem, przede wszystkim, stare zabytki i kultury, ciekawe grupy etniczne i w ogóle ludzie. Czyli poza Europą kraje azjatyckie, od Bliskiego, po Daleki Wschód oraz kraje amerykańskie z bogatymi kulturami prekolumbijskimi i zabytkami okresu kolonialnego.

a