sobota, lipiec 02, 2022
Follow Us
×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/kur365/domains/kurier365.pl/public_html/images/17650.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/17650
piątek, 23 maj 2014 00:00

Zielona lawa Wyróżniony

Napisane przez Lucyna Borkowska-Ratajczyk
Oceń ten artykuł
(1 głos)
Zielona lawa Fot.: Lucyna Borkowska-Ratajczak

Tak roślinność bieszczadzką określił w rozmowie ktoś stamtąd. Spodobało mi się. Nośne, romantyczne, dla mnie będące wielkim odniesieniem do miejsca człowieka w Naturze. Gdy zabraknie jego rąk - roślinność zagarnia, pochłania wszystko: pola, łąki, leśne polany, siedliska ludzkie, cmentarze... Ginie świat stworzony, ubywa pamięci.

Zawsze bywałam w Bieszczadach jesienią. Dla mnie miały one kolor od złota, po miedź, burgund, gorzką czekoladę. Do tego mgły, jesienne odgłosy lasu, opustoszałe szlaki. Spokój, cisza, ludzie nieco umęczeni sezonem, oczekujący z niepokojem na trudny, zimowy czas.
Po raz pierwszy zorganizowaliśmy wypad w maju i oniemiałam! Szaleństwo zieleni, totalny chaos w naturze. Wszystko pnie się ku słońcu - trawy, paprocie, kaczeńce, chwasty. Trzeba wielkiego fachowca, by umiał nazwać tę roślinność. Nawet gruba warstwa jesiennych, bukowych liści poddała się sile młodych roślin, prawie w oczach niknie pod zielonym dywanem.
Zielona lawa? Z pewnością!
Same góry też inne. Zieleń krzewin jagodowych na połoninach, jeszcze trudne, nie wysuszone po zimie, czasami zdewastowane leśne szlaki. Odpuściliśmy na przykład wejście na Jawornik. Ścieżka przypominała dno potoku. Na dodatek siąpiło. Lepiej nie prowokować ryzyka, oszczędzać nogi. Kiedyś tam powrócimy.
Inne spostrzeżenia - słońce późno zachodzi. Można planować długie trasy bez obawy, że noc nas zaskoczy. Gorzej, bo komunikacja nie nadąża za oczekiwaniami turystów. Jeszcze niezbyt licznych, to fakt. PKS prawie nie kursuje, prywatnych busów na lekarstwo. W weekend nieco lepiej, ale bez auta nie wszędzie dotrzemy. Problem w tym, że trzeba do niego wrócić, a to zawsze sporo kilometrów. Pozostaje wiara w człowieka i zabawa w autostop. Czasami skuteczna!
Niewiele uwagi poświęcałam wcześniej bazie noclegowej. Przez lata nocowaliśmy u Pana Władka. Myślę, że większość osób wędrujących po Bieszczadach ma swoje adresy. Niestety, po nagłym odejściu naszego Gospodarza zaczęliśmy szukać noclegu. Okazało się, że tylko w samej Wetlinie przybyło ciekawych miejsc o bardzo zróżnicowanym standardzie. Chociażby o jednym warto wspomnieć, bo jest całoroczne i po generalnej odnowie (w znacznej części za pieniądze z UE). To zlokalizowane w samym centrum wioski Szkolne Schronisko Młodzieżowe. Budynek zwraca uwagę nowymi tynkami, zadbanym otoczeniem. Dla turystów indywidualnych przygotowano mniejsze pokoje. Może ich zniechęcić jedynie "cisza nocna" od 22.
Nowością dla nas jest też pachnące drewnem, na swój sposób nowe miejsce - studencka Koliba. Co za widoki z tarasu! Jaka przestrzeń się otwiera! Stąd już bliżej na Połoninę Caryńską. Z Bereżek na polanę dotrzemy żółtym szlakiem po godzinie normalnego marszu. Ścieżka wiedzie przez las; kilka razy przeprawiamy się przez potok. Idąc tam i z powrotem (do auta) nie napotkaliśmy nikogo. Inna roślinność niż na połoninach zalega poniżej buczyny. Nawet pospolita pokrzywa czy mlecz tutaj zachwycają świeżością i ...rozmiarami! Nie mówiąc już o liściach łopianu, szczelnie wypełniających wszystkie miejsca wzdłuż szlaku.
Ukoronowaniem każdego pobytu jest wejście na Tarnicę (1346 m n.p.m.). Nieważne jak mocno wieje, pada czy ostro świeci. Nawet gdy plecak ciężki i bolą nogi. Chwile pod krzyżem, na szczycie, to niezapomniany czas. Dla wielu najważniejszy w młodym życiu. To modne miejsce na zaręczyny a nawet ślubne sesje zdjęciowe. Trzeba tylko tam dotrzeć.

{gallery}17650{/gallery}
Gdy schodzimy ze szczytu - kolejna niespodzianka. Solidny szałas, wiata - jak kto woli. Dach nad głową, ławki. Widok na południe, ku Przełęczy Bukowskiej, po lewej Krzemień, wejście na Halicz i Rozsypaniec. Po prawej Tarnica. Za nami Bukowe Berdo, szlaki do Mucznego i Widełek. Ostatnia chwila na zastanowienie, którą z dróg wybrać.
Mniej zastanawiania jest przy wejściu na Połoninę Wetlińską. Do "Chatki Puchatka" (schronisko PTTK) wszyscy bieżą. To wręcz kultowe i niezmienne miejsce na bieszczadzkiej mapie. Dla stałych bywalców miła chwila wypoczynku przy herbacie (np. góralskiej) i zadowolenia - znowu tutaj jestem. Ławka pod oknem wolna? Mamy fart! Jesteśmy jak u siebie.
Mam jedno marzenie. Spędzić w tym schronisku noc wczesną jesienią, gdy pełnia księżyca i gdy prawie ręką można sięgnąć po gwiazdy. Jest powód, by powrócić.
Schodząc w dół zastanawiałam się, jak odbiorą to miejsce wędrujący do góry Hiszpanie. Trudno (przez pryzmat standardu) nazwać je europejskim schroniskiem. Ciekawe, czy PTTK ma jakieś plany na budowę większej bazy noclegowej, nowoczesnej kuchni, przyzwoitych sanitariatów, tarasów widokowych. Turyści stają sie wymagający. W Bieszczadach też z roku na rok ich przybywa.
I być może jak ja, wielce się dziwią, że wiszący most na Sanie, na wysokości Smolnika, który przybliża urodę i moc tej rzeki, kończy się na prywatnej działce, porośniętej kępami drzew łące. Serio. Właściciel łaskawie pozwala na zejście z kładki (mostu) po uzyskaniu zgody. Numer telefonu widnieje na szyldzie. Niebywałe.
I jeszcze o tym, co turystę cieszy. Dobra kuchnia. Na tę w Bieszczadach nie można narzekać. Pstrąga na wiele sposobów serwują, naleśniki wszystkim co smaczne potrafią nadziać, a pierogi najlepsze na świecie tam lepią. Na nasze ulubione przejeżdżaliśmy35 km! Chrupiące placki ziemniaczane prawie w każdym menu. No i te sery! Kozie, owcze, mieszane. Kupowane wprost w szałasie, gdzie dym oczy wygryza. I ten zapach! Jeszcze w lodówce czuć wędzonką, chociaż sery zjedzone.
Cóż, w Bieszczady warto się udać. Obstaję - mimo zauroczenia wiosenną zielenią - przy jesieni.

 

a