sobota, listopad 26, 2022
Follow Us
poniedziałek, 06 lipiec 2015 12:42

Co MON wiedziało a nie powiedziało

Napisane przez Bogusław Mazur
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Postępowanie kierownictwa MON w sprawie przetargu na śmigłowce wielozadaniowe dla armii rodzi nowe wątpliwości. Chociaż PZL-Świdnik dostarczył do resortu pismo przedprocesowe, to jego szefowie z uporem zachęcali, aby firma podjęła jakiekolwiek formalne działania na rzecz udowodnienia swoich racji.

11 maja br. firma wysłała pismo przedprocesowe do Ministra Obrony Narodowej i Inspektoratu Uzbrojenia, podsumowując wszystkie naruszenia i nieprawidłowości które – jej zdaniem – wystąpiły podczas przetargu. Nie doczekawszy się reakcji, PZL-Świdnik złożył 18 czerwca pozew do Sądu Okręgowego w Warszawie wnosząc o zamknięcie postępowania przetargowego MON na zakup śmigłowców.

Pomiędzy tymi dwiema datami wicepremier i szef MON Tomasz Siemoniak wypowiadał się tak, jakby pismo przedprocesowe na jego biurku nie leżało. „Nie wiem, czemu oferenci, którzy odpadli, nie ma ich w finale, nie składają protestów, chociaż mają taką możliwość, tylko zasłaniają się związkowcami czy politykami" – stwierdził w wypowiedzi dla PAP 27 maja, odpowiadając na apel PiS, by z podpisaniem umowy wstrzymać się na czas po jesiennych wyborach.

Natomiast 3 czerwca odnosząc się w radiu TOK FM do zapowiedzi redukcji zatrudnienia w PZL-Mielec i PZL-Świdnik mówił: „Wydaje mi się, że to jest cały czas gra o to, żeby doprowadzić do unieważnienia kontraktu, nie drogą prawa, nie składając formalny protest, jesteśmy gotowi przed sądem bronić swoich racji". Pytany, czy były formalne protesty odpowiedział: „Nie, to jest właśnie miara tej sytuacji, że nie ma formalnego protestu(...)".

Podobnie wypowiadał się gen. Czesław Mroczek, wiceminister obrony narodowej. 7 maja w Programie 1 PR, nawiązując do wypowiedzi prezesa PZL-Świdnik podważającego zasadność odrzucenia oferty zakładu, Mroczek stwierdził, że firma „może wystąpić do sądu i sąd mu przyzna rację, wtedy to jest najprostsze, po co wychodzić zatem na ulicę, po co protestować, jeżeli mają wygraną?". A 15 maja, w wypowiedzi dla PAP, Mroczek podkreślił: „Zachęcałem tych, którzy zostali wykluczeni, żeby się odwołali, jeżeli uważają, że decyzja była niesłuszna, nie skorzystali z tej możliwości".

Takich wypowiedzi było więcej a wszystkie rodzą pytania. Dlaczego szefowie MON nie informowali opinii publicznej, że otrzymali pismo przedprocesowe, tylko zarzucali m.in. PZL-Świdnik bezczynność w zakresie wstąpienia „na drogę prawa"? Czy nie powinni poinformować, że firma już oficjalnie zapowiedziała postępowanie sądowe? I co właściwie mieli na myśli, gdy mówili o „formalnym proteście" i o „odwołaniu" od decyzji MON, skoro przetarg jest oparty o przepisy kodeksu cywilnego, który nie przewiduje drogi odwoławczej w przeciwieństwie do prawa o zamówieniach publicznych?

Te wątpliwości są o tyle istotne, że PZL-Świdnik zdaje się mieć mocne argumenty w ręku. 23 czerwca prezes firmy Krzysztof Krystowski, jako gość sejmowej Komisji Obrony Narodowej dowodził na konkretnych przykładach spełnienie wszystkich trzech, ujętych w regulaminie przetargu przesłanek, które powinny spowodować konieczność jego zamknięcia. „Jeżeli chcemy się trzymać procedur, to musimy procedur trzymać się wszyscy" – stwierdził.

MON z pisma przedprocesowego znał argumenty PZL-Świdnik, a jednak szefowie resortu nadal zachęcali firmę do wstąpienia na drogę sądową. Czy znała je jednak premier Ewa Kopacz? Czy wiedziała o piśmie przedprocesowym? Pytania są zasadne, bo jeżeli sąd przyzna rację PZL-Świdnik, skutki dla budżetu państwa i dla armii będą fatalne. A wtedy może pojawić się kwestia odpowiedzialności politycznej – a może nie tylko.

a